Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mycroft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mycroft. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2014

Rozdział IX (Mycroft)

               Minął tydzień od mojego spotkania z Moriarty’m, a moje życie wywróciło się do góry nogami. Postanowiłem coś z tym zrobić. Tylko co? Podrapałem się po podbródku. Poczułem zarost. No tak, nie goliłem się od kilku dni. W sumie nie miałem po co. Straciłem coś, co było dla mnie wszystkim. Straciłem pracę.
*tydzień wcześniej*
-Zapraszam do środka, panie Holmes – powiedział jakiś człowiek.
                Rozejrzałem się wokół. Jeden, dwóch, trzech. Czwarty i obok niego kolejny. To daje razem pięciu ochroniarzy. O dwóch więcej niż zwykle. Niedobrze.
                Rodzina Królewska nie zatrudniałaby więcej, niż by potrzebowała. Wniosek: Jej Królewska Mość musiała się kogoś bać. Tylko czy tym kimś byłem ja? Pewnie zaraz się tego dowiem.
                Wszedłem do pokoju. Tego samego, w którym gościł Sherlock i Watson swego czasu. Tylko, w przeciwieństwie do brata, ja nie byłem ubrany w prześcieradło.
-Witam Waszą Królewską Mość – odezwałem się pierwszy.
-Witamy w naszych progach, panie Holmes – odpowiedział jeden z mężczyzn stojących na obok. –Proszę usiąść – natychmiast dodał.
-Czy napije się Pan herbaty? – spytała tym razem Królowa. Nic dziwnego w końcu dochodziła piąta. Jednak oboje wiedzieliśmy, że to nie czas na herbatkę z monarchinią Wielkiej Brytanii.
-Chętnie – starałem się grać opanowanego. W głębi serca wiedziałem, że wezwano mnie tutaj, bo tak zaplanował to Moriarty.
-Chciałam podziękować Panu za Pańskie usługi dla Wielkiej Brytanii, Panie Holmes. Proszę pamiętać - Naród jest najważniejszy. Ze względu na Pańskie czyny chciałam Pana nagrodzić. Myślę, że zasłużył Pan na przyznanie Orderu Imperium Brytyjskiego. Gdy wykonało się tyle pracy dla Narodu, zasługuje się na wcześniejszy odpoczynek.
                Wszystko zaczynało mieć sens. Ktoś musiał się mnie bać, dlatego było więcej ochroniarzy. Królowa? Nie, to by było za proste. Według kogoś wiedziałem za dużo. Dla kogoś znaczyłem za dużo. Moriarty!
*tydzień później*
                Straciłem coś, co było dla mnie wszystkim. Straciłem pracę.
                Ale to był czas, żeby coś z tym zrobić. Najwyższy czas. Minął tydzień, o tydzień za dużo.
    Dzień rozpocząłem od ogolenia się. To był zdecydowanie dobry pomysł. Potem ubiór. Garnitur? Chyba na razie nie jest już mi potrzebny. Ubrałem zwykłą koszulę i dżinsy. Może to i dobrze – nareszcie jakaś odmiana. Zerknąłem na nagłówki gazet. Nic specjalnego się nie działo przez ostatni tydzień. Nic specjalnego! Zaczynałem się nudzić. Ja, Mycroft Holmes, zaczynałem się nudzić!
                Postanowiłem wyjść z domu. Po co? Trzeba się było czymś zająć. Praca – zawsze ona była na pierwszym miejscu. Co było kolejne w hierarchii? No tak. Lepiej się z tym zmierzyć od razu. Lepiej się z nim zmierzyć od razu.
-Taxi! Baker Street 221B.
***
                Dochodziła jedenasta. Wysiadłem z taksówki. Chciałem nacisnąć klamkę i otworzyć drzwi, ale zauważyłem przekrzywioną kołatkę. Poprawiłem ją. Gdy przekroczyłem próg, ujrzałem panią Hudson.
-Dzień dobry, Mycrofcie! Jak miło Cię widzieć. Herbatki? – spytała. –Sherlock wyszedł, podobno miał jakieś sprawy związane ze chrzcinami dziecka Mary i Johna. Wiesz, że poproszono go, by został ojcem chrzestnym?- kontynuowała pani Hudson.
                Chciałem się spotkać z bratem od razu. Nie miałem ochoty czekać, za długo odkładałem to spotkanie. Rozsiadłem się na fotelu. Mijały godziny.
                W końcu około dziewiętnastej przyszedł Sherlock. Zdjął płaszcz i rzucił go na fotel obok mnie.
-Witaj braciszku. Nie czekałeś na mnie długo, prawda? – spytał mnie z udawaną troską w głosie.
-Nie, wcale, nie przejmuj się – odpowiedziałem.
-A jakie to interesy sprowadzają Cię do mnie zwykłą taksówką. Przecież mogłeś przyjechać  helikopterem, prawda, że mogłeś? Chciałeś to zrobić od tygodnia, nieprawdaż? – spytał otwierając szafę.
-Skąd o tym wiesz?!
-Ubrałeś dżinsy. Na twojej twarzy widnieją poranne ślady golenia maszynką, nie golarką elektryczną. Czekasz już długo, bo masz plamkę po herbacie oraz wygniecioną koszulę. Dlaczego nie zamówiłeś kawy, nie przysnąłbyś, czekając.
-Nikt niczego nie będzie zamawiać, nie jestem gosposią! – rozległo się wołanie z dołu.
-Nie! Skąd wiedziałeś, że to już trwa tydzień? – spytałem.
-Twój identyfikator stracił ważność. Wiesz, czasami lubię się przejechać policyjnym radiowozem, zamiast metrem czy taksówką. Wychodzi szybciej i taniej. Ale robię to też ze względu na nudę – wyjaśnił Sherlock.
                Mogłem się spodziewać takiej odpowiedzi.
-A teraz przepraszam cię braciszku, ale muszę się przygotować – kontynuował.
                Wyciągnął ciemnofioletową koszulę z szafy i wszedł do sypialni. Nagle coś mnie zaintrygowało. Z kieszeni płaszcza wystawało zdjęcie… Zdjęcie Kobiety! Z tyłu napisany był adres. To nie pismo Sherlocka. Tusz świeży, na dole dopisek – dzisiejsza data i godzina 19:45. Była 19:15. Próbowałem przypomnieć sobie, gdzie jest ta ulica i ile czasu potrzeba, żeby tam dojechać. Metrem się nie zdąży. Trzeba wziąć taksówkę. Zdążyłem wsunąć zdjęcie do kieszeni i zaraz wyszedł Sherlock. Chwilkę, czy on ubrał spinki do koszuli?!
                Brat wydawał się nie zwracać na mnie uwagi. Wziął płaszcz i jak zwykle postawił kołnierz. Mimo to wyglądał inaczej.
-Wychodzę, chyba już ci o tym mówiłem.
-A gdzie Sherlock Holmes wychodzi o tej porze? Przecież jest wieczór, a ty nie chodzisz na randki.
                Brat wydawał się zamyślony, jednak gdy usłyszał ostatnie słowo, przeszył mnie wzrokiem.
-Moriarty ostatnio jest zajęty jakimś planem, Wielka Gra czy coś w tym stylu. Wydaje mi się, że wiesz coś o tym. W każdym bądź razie, jak widzisz, nie mam czasu na randki.
-Czyżby? Co innego zdaje się mówić twoja kieszeń. Za dużo w niej sentymentów.
                Utkwił we mnie wzrok na kolejną chwilę. Czekaliśmy. Chwilę później Sherlock jakby się ocknął i spojrzał na zegarek.
-Jadę taksówką, podwieźć cię gdzieś?
                Kompletnie mnie zamurowało. On tak po prostu się poddał. Nie powiedział już nic. Przecież zawsze do niego należało ostatnie słowo!
Zdjęcie w kieszeni,  tak, aby zawsze mieć je przy sobie. Ciemnofioletowa koszula ze spinkami. Kołnierz postawiony tak jak zwykle, a jednak wyglądał inaczej. Nie poznawałem go, nie poznawałem mojego brata.
                Czyżby Sherlock się zakochał?!

                

sobota, 10 maja 2014

Rozdział IV (Mycroft)

 Siedziałem w swoim biurze, gdy usłyszałem dzwoniący telefon. Niechętnie podniosłem słuchawkę.
- Mycroft Holmes. Słucham?
- Panie Holmes, właśnie dowiedzieliśmy się, że Janine Hawkins została zamordowana – odrzekła osoba po drugiej stronie telefonu.
                W tym głosie poznałem inspektora Lestrade.
-Janine Hawkins? To ta płotka od Magnussena?
-Tak, to ona.
-Czy Scotland Yard nie może się tym zająć bez mojej pomocy? – zapytałem zniecierpliwiony. Odbierałem takie telefony po kilkanaście razy dziennie.
-Proszę wybaczyć, ale sądziłem, że warto by Pana poinformować, Panie Holmes – odrzekł Lestrade. –Zabójstwo popełniono przy Baker Street 221B.
                Przez chwilę sądziłem, że się przesłyszałem.
-Zaraz tam będę – powiedziałem.
                W mojej głowie krążyły tylko myśli: „Sherlocku, coś ty narobił”. Jak zwykle wyobraziłem sobie mojego młodszego brata.
-Taxi! Na Baker Street 221B.
Wsiadłem do auta. Twarz kierowcy wydała mi się znajoma. Jednak nie miałem czasu teraz się nad tym zastanawiać. Jakaś cząstka mnie nie pozwalała mi uwierzyć, że Sherl to zrobił. Owszem, zabił z zimną krwią Magnussena, ale Janine? Nie miał powodu się na niej mścić. Sprzedała wiele informacji o nim różnym gazetom, ale Sherlock nie przejmowałby się opinią magazynów.
                Moje myśli przerwał głos taksówkarza:
-Wierzysz, że on to zrobił? – zapytał.
-Że kto zrobił co? – natychmiast odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Niepotrzebnie, bo już domyśliłem się, z kim rozmawiałem.
-Wiesz, o kim mówię.
                Zadziwiony takim obrotem sprawy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nagle taksówka zatrzymała się. Ale nie byliśmy na Baker Street. Rozpoznałem, że to jakieś dwie przecznice z domu Sherlocka.
-Wysiadaj – usłyszałem.
                Otworzyłem drzwi. Po drugiej stronie ulicy na krawężniku stał nikt inny niż Moriarty.
-Did you miss me?
                Znowu nie wiedziałem, co odpowiedzieć. To uczucie stało się irytujące.
-Oh, nie żartuj sobie, Jim – odrzekłem w końcu. Prawie natychmiast postanowiłem przejąć kontrolę nad rozmową. –Kurt, od kiedy wozisz ludzi po mieście w przebraniu zwykłego taksówkarza? Zawsze uważałeś, że wykonywanie takiej pracy nie wypada człowiekowi pochodzącemu z otoczenia Rodziny Królewskiej?
-Teraz wszystko się zmieniło. Londyn się zmienił, czasy się zmieniły, praca się zmieniła – odpowiedział. –Nawet Sherlock się zmienił. Hahaha – roześmiał się przebrany za taksówkarza człowiek.
                Pracowaliśmy kiedyś z Kurtem w tym samym biurze. To było 10 lat temu. Lubiliśmy ze sobą rywalizować. Jednak pewnego dnia nasz pracodawca zdecydował, że jest miejsce tylko dla jednego z nas. Ja zostałem, a jego zwolnili. Dzięki zdobytemu doświadczeniu Kurt został jednym z pracowników Rodziny Królewskiej.
-Widzę, że pracodawca też się zmienił. Od kiedy zostawiłeś Królową dla kogoś takiego jak on?
-Wypraszam sobie, ja też ładnie wyglądam w koronie –odparł Jim. Spojrzał na zegarek. –Nie chcemy przeciągać pańskiego czasu, Panie Holmes.
-Wiesz, że Sherlock tego nie zrobił, jednak nie będziesz mógł nic z tym zrobić – odezwał się Kurt.
-Wielka Gra się już zaczęła – kontynuował Jim.
                Nastała cisza.
-Sądzę, że dowiezienie Pana dalej nie będzie miało sensu. Do widzenia, Mycroft – powiedział Kurt, wsiadając z Moriarty’m do auta.
                Odjechali. Otworzyłem parasolkę, bo zaczęło padać. Pomyślałem: „Czas wybawić braciszka z kłopotów” i ruszyłem w kierunku jego domu. Po chwili zadzwonił telefon.
-Królowa chce się natychmiast z Panem widzieć – odrzekł głos. –Proszę jak najszybciej stawić się w jej pałacu.

                Nie wiedziałem, o co chodzi. Jednak po chwili zacząłem kojarzyć fakty. Zrozumiałem sens słów „dowiezienie Pana dalej nie będzie miało sensu”. W głowie słyszałem głos Moriarty’ego „Wielka gra się już zaczęła”.

MH