Trzaśnięcie drzwiami.. dźwięk rozbitego szkła… krew na podłodze…
Obudziłam się zlana potem. Za oknem księżyc oświetlał moją sypialnię. Od spotkania z Holmesem minęło kilka dni, a mnie wciąż śni się ten sam koszmar. Wstaję z łóżka. Idę do łazienki. Nawet lodowata woda nie potrafi zmyć chorobliwych rumieńców z mojej twarzy. Rzuciłam okiem na podłużne, szare pudełko stojące na hebanowej toaletce. Nie, nie będę głupia. Tylko zdesperowane idiotki żądne romantycznych przygód się tną… Chociaż….
Wolno podeszłam do toaletki. Uchyliłam wieko pudełka. Na atłasie spoczywał długi, srebrny sztylet. Przebiegłam delikatnie palcami po chłodnej klindze. Sprawdziłam opuszkiem jej ostrość. Metal idealnie wpasował się do mojej dłoni. Położyłam się na łóżku. Staromodny, stojący zegar z ciemnego drewna swymi złotymi wskazówkami uświadamiał mi, że za minutę północ… Sztylet w mojej dłoni błyszczał trupim blaskiem… czas stanął w miejscu… Przyłożyłam ostrze do bladej dłoni, dokładnie tam, gdzie przebiegały błękitne żyły. Zaszumiało mi w głowie. Zrób to! Nie katuj ludzi swoją obecnością!- wołał głosik. Zamrugałam szybko. On cię nie kocha! Odpuść!
Jedno cięcie… Skóra pękła.....Wpatrywałam się w piękny szkarłat płynący strużką…
Jedno, ostatnie bicie serca.. pokój zawirował… Ostatkiem sił ujrzałam przystojnego bruneta w czarnym płaszczu. Mówił coś, krzyczał…
Już nie słyszałam….Na zewnątrz nieboskłon rozcięła błyskawica. Nadchodził sezon burz. Nawałnica nie omieszkała zbudzić ze snu nawet koronowanych głów. Przebudziła się Księżna Katarzyna w swoim łożu u boku męża. Z krzykiem zerwała się sama Królowa, mnąc jedwabne rękawy różowej koszuli nocnej. Zbudził się sam premier Zjednoczonego Królestwa, David Cameron. Burza nie ominęła nawet zwykłych londyńczyków. Płacz małej Sherly i grzmoty zbudziły Mary I Johna Watsonów. W małej kawalerce obudziła się Molly Hooper, sięgając po ręcznie dziergany sweter. W ładnym mieszkaniu, w sypialni o grafitowych ścianach zerwał się z krzykiem Jim Moriarty, sięgając po pistolet.
Na Baker Street 221 b czuwał z kubkiem herbaty w rękach Sherlock Holmes.
piątek, 30 maja 2014
sobota, 17 maja 2014
Rozdział X (Molly)
Zmęczona przeciągnęłam się na krześle i rozmasowałam kark
poczym wzięłam ogromny łyk siódmej już dzisiaj kawy. Od kilku dni siedziałam nad sprawą zniknięcia
informacji na temat Moriarty’ego i byłam już tym szczerze zmęczona lecz ciekawość i myśl, że jeśli może uda mi się
dojść kto jest jego wtyczką poprawi moją sytuacje w oczach Sherlocka była
silniejsza i nie dawałam za wygraną.
-Molly idziemy z dziewczynami do baru dołączysz się?-
spytała wychodząc Alice koleżanka z pracy a ja wskazałam na biurko zawalone
papierami.
-Kiedy indziej- odparłam z uśmiechem i pomachałam jej na do
widzenia. Po godzinie przeszukiwania papierów oczy zaczęły same mi się zamykać
więc postanowiłam pójść po kolejną kawę.
Kiedy doszłam do szpitalnej kawiarenki ku mojemu zaskoczeniu przy małym
stoliku w koncie dostrzegłam samotnie
siedzącego starszego z braci Holmes.
-Nie w pracy?- spytałam nieśmiało. Nie znałam go dobrze lecz
z tego co o nim słyszałam jest pracoholikiem i całymi dniami od rana do
wieczora przesiaduje w pracy. Spojrzał na mnie i tylko uśmiechnął się smutno.
Nie był podobny do brata nie miał czarnych loczków czy wydatnych kości
policzkowych lecz miał to samo przenikliwe spojrzenie.
-Pewnie szukasz Sherlocka. Nie ma go tutaj , dawno tu nie
zaglądał i nie wiem gdz…
-Nie szukam mojego
brata- przerwał mi poczym dodał - wiem doskonale gdzie jest. Jest na randce.
Zakrztusiłam się kawą i zaczęłam głośno kaszleć. Sherlock?
Randka? Te dwa słowa do siebie na pasują…
-Sherlock… Sherlock Holmes ten Sherlock Holmes jest na
randce?- spytałam sama nie wierząc w to co mówię.
-Tak można powiedzieć, że chodzi cały w skowronkach …oczywiście
jak zawsze-dorzucił sarkastycznie. Zacisnęłam dłonie w pięści i schowałam je do
kieszeni, poczułam, że cała się czerwienie
Odstawiłam kubek i wybiegłam zawstydzona z sali. Zatrzymałam się dopiero
przy drzwiach od laboratorium wtargnęłam do środka. Łzy płynęły mi strumykiem
po policzkach i ciężko opadały na śnieżno biały fartuch. Nie powinno mnie to
interesować przecież nie jesteśmy razem ani nic z tych rzeczy… jednak coś we
mnie pękło… Te nad godziny…te całe poszukiwanie informacji…. te dacie pomiatać
sobą tylko dlatego, że miał zły humor.. pomogłam mu nawet sfingować własną
śmierć! Zerwałam dla niego zaręczyny z prawdopodobnie jedynych mężczyzną który
od razu ode mnie nie uciekł! To wszystko dla niego! Tyle poświeceń przez te
wszystkie lata a on i tak traktuje mnie jak jakiegoś psa a nawet gorzej. Chwyciłam pierwszą lepszą rzecz która wpadła mi pod rękę jak okazało się była to szklana waza i rzuciłam nią o ścianę patrząc jak rozsypuje się w drobny mak. Skuliłam się w rogu pokoju i gorzko płakałam siedziałam tak przez kilka minut
przypominając sobie te wszystkie chwile kiedy coś dla niego robiłam a on…. Musze wziąć się w garść…. muszę przestać być
jego ofiarą a w tym pomoże mi tylko jedna osoba. Wstałam strzepałam brud z ubrania
i wyciągnęłam z kieszeni telefon. Wykręciłam numer. Trzy sygnały…cztery… już
chciałam się rozłączyć kiedy usłyszałam.
-Słucham?
-Eee….hej nie wiem czy mnie pamiętasz… z tej strony Molly.
Słyszałam, że chcesz dopaść Sherlocka Holmesa. Jim.
czwartek, 15 maja 2014
Rozdział IX (Mycroft)
Minął tydzień od mojego spotkania z Moriarty’m, a moje życie
wywróciło się do góry nogami. Postanowiłem coś z tym zrobić. Tylko co?
Podrapałem się po podbródku. Poczułem zarost. No tak, nie goliłem się od kilku
dni. W sumie nie miałem po co. Straciłem coś, co było dla mnie wszystkim.
Straciłem pracę.
*tydzień wcześniej*
-Zapraszam do środka, panie Holmes – powiedział jakiś
człowiek.
Rozejrzałem
się wokół. Jeden, dwóch, trzech. Czwarty i obok niego kolejny. To daje razem
pięciu ochroniarzy. O dwóch więcej niż zwykle. Niedobrze.
Rodzina
Królewska nie zatrudniałaby więcej, niż by potrzebowała. Wniosek: Jej Królewska
Mość musiała się kogoś bać. Tylko czy tym kimś byłem ja? Pewnie zaraz się tego
dowiem.
Wszedłem
do pokoju. Tego samego, w którym gościł Sherlock i Watson swego czasu. Tylko, w
przeciwieństwie do brata, ja nie byłem ubrany w prześcieradło.
-Witam Waszą Królewską Mość – odezwałem się pierwszy.
-Witamy w naszych progach, panie Holmes – odpowiedział jeden
z mężczyzn stojących na obok. –Proszę usiąść – natychmiast dodał.
-Czy napije się Pan herbaty? – spytała tym razem Królowa.
Nic dziwnego w końcu dochodziła piąta. Jednak oboje wiedzieliśmy, że to nie czas
na herbatkę z monarchinią Wielkiej Brytanii.
-Chętnie – starałem się grać opanowanego. W głębi serca
wiedziałem, że wezwano mnie tutaj, bo tak zaplanował to Moriarty.
-Chciałam podziękować Panu za Pańskie usługi dla Wielkiej
Brytanii, Panie Holmes. Proszę pamiętać - Naród jest najważniejszy. Ze względu
na Pańskie czyny chciałam Pana nagrodzić. Myślę, że zasłużył Pan na przyznanie
Orderu Imperium Brytyjskiego. Gdy wykonało się tyle pracy dla Narodu, zasługuje
się na wcześniejszy odpoczynek.
Wszystko
zaczynało mieć sens. Ktoś musiał się mnie bać, dlatego było więcej ochroniarzy.
Królowa? Nie, to by było za proste. Według kogoś wiedziałem za dużo. Dla kogoś
znaczyłem za dużo. Moriarty!
*tydzień później*
Straciłem
coś, co było dla mnie wszystkim. Straciłem pracę.
Ale to
był czas, żeby coś z tym zrobić. Najwyższy czas. Minął tydzień, o tydzień za
dużo.
Dzień rozpocząłem od ogolenia
się. To był zdecydowanie dobry pomysł. Potem ubiór. Garnitur? Chyba na razie
nie jest już mi potrzebny. Ubrałem zwykłą koszulę i dżinsy. Może to i dobrze –
nareszcie jakaś odmiana. Zerknąłem na nagłówki gazet. Nic specjalnego się nie
działo przez ostatni tydzień. Nic specjalnego! Zaczynałem się nudzić. Ja,
Mycroft Holmes, zaczynałem się nudzić!
Postanowiłem
wyjść z domu. Po co? Trzeba się było czymś zająć. Praca – zawsze ona była na
pierwszym miejscu. Co było kolejne w hierarchii? No tak. Lepiej się z tym zmierzyć
od razu. Lepiej się z nim zmierzyć od razu.
-Taxi! Baker Street 221B.
***
Dochodziła
jedenasta. Wysiadłem z taksówki. Chciałem nacisnąć klamkę i otworzyć drzwi, ale
zauważyłem przekrzywioną kołatkę. Poprawiłem ją. Gdy przekroczyłem próg,
ujrzałem panią Hudson.
-Dzień dobry, Mycrofcie! Jak miło Cię widzieć. Herbatki? –
spytała. –Sherlock wyszedł, podobno miał jakieś sprawy związane ze chrzcinami
dziecka Mary i Johna. Wiesz, że poproszono go, by został ojcem chrzestnym?-
kontynuowała pani Hudson.
Chciałem
się spotkać z bratem od razu. Nie miałem ochoty czekać, za długo odkładałem to
spotkanie. Rozsiadłem się na fotelu. Mijały godziny.
W końcu
około dziewiętnastej przyszedł Sherlock. Zdjął płaszcz i rzucił go na fotel
obok mnie.
-Witaj braciszku. Nie czekałeś na mnie długo, prawda? –
spytał mnie z udawaną troską w głosie.
-Nie, wcale, nie przejmuj się – odpowiedziałem.
-A jakie to interesy sprowadzają Cię do mnie zwykłą
taksówką. Przecież mogłeś przyjechać
helikopterem, prawda, że mogłeś? Chciałeś to zrobić od tygodnia,
nieprawdaż? – spytał otwierając szafę.
-Skąd o tym wiesz?!
-Ubrałeś dżinsy. Na twojej twarzy widnieją poranne ślady
golenia maszynką, nie golarką elektryczną. Czekasz już długo, bo masz plamkę po
herbacie oraz wygniecioną koszulę. Dlaczego nie zamówiłeś kawy, nie przysnąłbyś,
czekając.
-Nikt niczego nie będzie zamawiać, nie jestem gosposią! –
rozległo się wołanie z dołu.
-Nie! Skąd wiedziałeś, że to już trwa tydzień? – spytałem.
-Twój identyfikator stracił ważność. Wiesz, czasami lubię
się przejechać policyjnym radiowozem, zamiast metrem czy taksówką. Wychodzi
szybciej i taniej. Ale robię to też ze względu na nudę – wyjaśnił Sherlock.
Mogłem
się spodziewać takiej odpowiedzi.
-A teraz przepraszam cię braciszku, ale muszę się
przygotować – kontynuował.
Wyciągnął
ciemnofioletową koszulę z szafy i wszedł do sypialni. Nagle coś mnie
zaintrygowało. Z kieszeni płaszcza wystawało zdjęcie… Zdjęcie Kobiety! Z tyłu
napisany był adres. To nie pismo Sherlocka. Tusz świeży, na dole dopisek –
dzisiejsza data i godzina 19:45. Była 19:15. Próbowałem przypomnieć sobie,
gdzie jest ta ulica i ile czasu potrzeba, żeby tam dojechać. Metrem się nie
zdąży. Trzeba wziąć taksówkę. Zdążyłem wsunąć zdjęcie do kieszeni i zaraz
wyszedł Sherlock. Chwilkę, czy on ubrał spinki do koszuli?!
Brat
wydawał się nie zwracać na mnie uwagi. Wziął płaszcz i jak zwykle postawił
kołnierz. Mimo to wyglądał inaczej.
-Wychodzę, chyba już ci o tym mówiłem.
-A gdzie Sherlock Holmes wychodzi o tej porze? Przecież jest
wieczór, a ty nie chodzisz na randki.
Brat
wydawał się zamyślony, jednak gdy usłyszał ostatnie słowo, przeszył mnie
wzrokiem.
-Moriarty ostatnio jest zajęty jakimś planem, Wielka Gra czy
coś w tym stylu. Wydaje mi się, że wiesz coś o tym. W każdym bądź razie, jak
widzisz, nie mam czasu na randki.
-Czyżby? Co innego zdaje się mówić twoja kieszeń. Za dużo w
niej sentymentów.
Utkwił
we mnie wzrok na kolejną chwilę. Czekaliśmy. Chwilę później Sherlock jakby się ocknął i spojrzał na
zegarek.
-Jadę taksówką, podwieźć cię gdzieś?
Kompletnie
mnie zamurowało. On tak po prostu się poddał. Nie powiedział już nic. Przecież
zawsze do niego należało ostatnie słowo!
Zdjęcie w kieszeni, tak, aby zawsze mieć je przy sobie. Ciemnofioletowa
koszula ze spinkami. Kołnierz postawiony tak jak zwykle, a jednak wyglądał
inaczej. Nie poznawałem go, nie poznawałem mojego brata.
Czyżby Sherlock się zakochał?!
wtorek, 13 maja 2014
Rozdział VIII (Irene)
Czarna
koronkowa sukienka do połowy ud leżała na mnie idealnie i pasowała do czarnych
szpilek. Jak zwykle, postawiłam na ostry makijaż typu smoky eyes oraz
krwistoczerwone usta. Klasyka. Jeszcze raz spojrzałam w lustro. Jaśniejszy kolor włosów rzeczywiście poprawił
mój wygląd. A może to zasługa nowej fryzury? Delikatnie pogładziłam czekoladowe
loki spływające mi po plecach.
- Carlotta,
jak wyglądam? – zapytałam makijażystkę, mimo że znałam odpowiedź.
- Jak milion
dolarów, pani Adler – zażartowała dziewczyna.
- Nie
podlizuj się. Powiedz prawdę. Dziś ważny wieczór.
- Ale to
prawda! Pasują pani kręcone włosy. Holmes zemdleje na pani widok.
- Lepiej,
żeby nie mdlał.
Nagle
rozległ się dzwonek w drzwiach. Zerknęłam na zegar wiszący nieopodal. Za
piętnaście ósma. Do boju. Mam jedynie nadzieję, że tym razem Watson go nie pobije.
Wysłałam Carlottę do drzwi, a sama rozsiadłam się wygodniej w fotelu. Po chwili
wszedł, a ja zamarłam…
Od dawna go
nie widziałam. Mimo, że wciąż nosił swój ciemny płaszcz i granatowy szalik
wyglądał nieco inaczej. Przez te lata rysy wyostrzyły mu się, a blask oczu
delikatnie osłabł. Jedno pozostawało niezmienione. Jego czarne, kręcone włosy i
fakt, że Sherlock Holmes pozostawał diablo przystojny. Ocknęłam się z zadumy
stwierdziwszy, że należy się przywitać. Wstałam więc i poprawiłam sukienkę klnąc
w myślach swój wybór, gdyż sukienka, choć elegancka i seksowna, była
niewątpliwie krótka. Podeszłam bliżej i z szybko odgoniłam pragnienie, by
rzucić się na niego. Zamiast tego wybąknęłam krótkie:
- Witaj.
Zauważyłam z
satysfakcją, że i on nie może się opanować. A jednak, nie tylko ja tęskniłam.
- Witaj,
Irene. Przejdźmy do rzeczy.
- Powoli,
powoli, powściągliwiej. Mamy czas.
Gestem zaprosiłam
go by usiadł przy stoliku do kawy zastawionym chińską porcelaną. Po chwili
weszła Carlotta z herbatą, mlekiem, cukrem i ciasteczkami.
- A zatem,
miło mi cie widzieć. – powiedziałam nalewając herbatę do dwóch filiżanek – Jak życie?
- Dobrze.
- Coś
ukrywasz. Tylko co?
- Mam
pytanie.
- Pytaj.
- Czego ode
mnie chcesz? Powiedz, Irene, do czego potrzebny ci prosty detektyw?
- Jakiś ty
skromny. Mówią, że swoimi śliczniutkimi oczętami potrafisz rozpoznać, co
człowieka trapi. Popatrz na mnie… i powiedz.
Wiedziałam,
że nic nie powie. To co w tamtej chwili zrobił zdziwiło mnie najbardziej.
- Od
tygodnia śledzisz mój życiorys, Sprawdzasz gdzie chodzę i z kim się spotykam.
Wszędzie masz swoich informatorów, którzy dostarczają ci najróżniejszych
szczegółów z mojego życia. Pytanie – po co?
- Nie
domyślasz się?
- Domyślam. –
odparł wstając. Począł chodzić po pokoju wyraźnie czymś strapiony. – A więc
Irene Adler ma problem i to poważny. Czyżby Irene Adler jednak miała serce?
- A nie
łatwiej się przekonać? – mruknęłam półszeptem. Tym razem nie wytrzymałam.
Wszelkie stawiane przeze mnie mury runęły a ja zrozumiałam straszliwą prawdę.
Jedyne, czego w tym momencie pragnęłam, było rozpłakać się. I stało się. Jedna,
mała łza popłynęła po policzku rozmazując tusz i czarny cień do powiek.
- Wyjdź. Idź
stąd, znikaj z mojego życia. – wyparowałam. – Byłam głupia. Wtedy miałam
okazję, by cię zabić. Nie miałabym teraz takiego problemu. Wyjdź...
W tak
trudnych chwilach często wypowiadamy słowa, których nie chcemy. Tak i ja w
tejże chwili nie pragnęłam, by Sherlock wyszedł. Chciałam, by został tu, przy
mnie. Tymczasem on bawił się jedną z czerwonych róż z bukietu stojącego na
toaletce.
- Chyba cię
rozumiem. Ale nie mogę dopuścić do siebie tej myśli. – powiedział Holmes, po
czym wyszedł, rzuciwszy mi na kolana różę.
Zostałam
sama, w cichym, zimnym salonie. Zostałam sama z jedną, straszliwą myślą…
Zakochałam
się.
niedziela, 11 maja 2014
Rozdział VI (Anderson)
- Jasne. Do
zobaczenia.
Pożegnałem
się z Donovan i wróciłem do pokoju. Rozsiadłem się na fotelu. Z przyzwyczajenia
znów chciałem podrapać się po brodzie. Ale przeszkadzała Sally, więc pozbyłem
się jej jakiś czas temu. Teraz częściej mnie odwiedza.
Ostatnio
przesunąłem też fotel. Stał teraz naprzeciwko ściany z planami. W rogu
dokleiłem kilka nowych zdjęć. Tych z Moriartym. Wciąż nie rozumiem, dlaczego
nie można było go aresztować, gdy przyszedł na Baker Street. Lestrade jak
zwykle unikał tematu, mam więc złe przeczucie. Człowiek wygląda na chorego
psychicznie. Trzeba go zamknąć. Gdziekolwiek.
Podszedłem
do zdjęć. Na jednym było ciało Moriartego. Na drugim dach. I numer 546G/009. To
numer nagrania z systemu policyjnego. Nagrania z jednej z kamer przemysłowych,
która zarejestrowała fragment samobójstwa Moriarty’ego. Włączyłem komputer i
wyszukałem ten film.
Widać
dach, okna poniżej. I w pewnym momencie, w krawędzi ekranu, widać człowieka w
płaszczu, przykładającego pistolet do gardła pod kątem 30 stopni i upadającego.
Niestety, tylko tyle. Albo aż tyle. Nie udało mi się rozpracować Sherlocka,
może uda się z Jim’em. Replay. Replay.
- Skup się, Anderson!
– krzyczałem sam na siebie. Chciałem się zmobilizować, próbowałem metody, którą
stosował na mnie Sherlock, ale nie byłem w stanie wywrzeć na sobie takiego
wrażania, jakie wywoływał we mnie ten człowiek.
Replay.
Replay.
Stop.
Chwileczkę.
Moriarty.
Pistolet włożony do ust, pochylony, skierowany do góry, lewą dłonią. U człowieka
praworęcznego.
Przypomniałem
sobie inne sprawy samobójstw. Jak wyglądały ciała. I jak u p a d a ł y.
Strzelając pod tym kątem ciało powinno upaść prawie idealnie w dół, mogło
jedynie minimalnie osunąć się do tyłu.
W tym
wypadku było inaczej.
Moriartie’go
wręcz odrzuciło do tyłu. Do tyłu i lekko w bok.
- Anderson, jesteś
geniuszem! – zaśmiałem się sam do siebie.
Jakie
były wnioski? Upadek nie był spowodowany strzałem w usta. Coś musiało go trafić
z zewnątrz.
Snajper.
Ale kto
jeszcze próbowałby zabić Moriartego? Chyba, że…
Zacząłem
chodzić po pokoju w tą i z powrotem. Myśl, myśl, powtarzałem. To musiało się
jakoś układać w całość.
Snajper
mógł współpracować z Jimem. Mógł strzelać ślepakami, a ten wariat mógł mieć
kamizelkę. Upadł. Miał pojemniczek z krwią. Ale jakim cudem Sherlock nie
zauważył, że ten czub udaje?
Sherlock.
Mogę mu zaimponować. Albo się zbłaźnić.
Raz się
żyje.
Durne
powiedzenie w sytuacji Sherlocka i Jima…
Chwyciłem
za telefon, wyszukałem w kontaktach SH i kliknąłem „Połącz”. Zastanawiałem się,
czy zapisał sobie mój numer.
Po
trzech sygnałach odezwał się spokojny, nisko głos.
- Czego, Anderson?
- Skąd wiedziałeś, że
to ja?
- Do twojego numeru
ustawiłem sobie melodyjkę „Dzwoni debil”.
Przemilczałem
to. Wahałem się, czy może nie udać, że pomyliłem numery. Westchnąłem.
- Chyba wiem, jak
przeżył Moriarty.
- Co? Jak? –
usłyszałem zdenerwowanie w jego głosie. A może radość. A może ironia i brak
wiary w moje możliwości.
- No… Chyba
rozpracowałem, jak nie zginął. Że jest hochsztaplerem. Ta cała akcja z
samobójstwem.
Cisza.
- Zaraz będę. –
odpowiedział. – I dobra, może zmienię ten dzwonek. Ale nie używaj tak mądrych
słów. Nie pasują do ciebie.
Rozdział V (Molly)
Od dawna zastanawiał się jakim cudem Moriarty przeżył. Jego ciało podobno badali najlepsi specjaliści. Nie dopuszczono mnie do dokumentów na temat zgonu a co dopiero do zwłok, mimo moich nalegań znałam tylko oficjalną wersję. Strzał w usta, kula małego kalibru, jednak to mi nie wystarczyło. Popołudniem powierzyłam moje zadanie koleżance z prosektorium i zjechałam windą na najniższe piętro budynku, gdzie znajdowały się wszystkie akta. Wcześniej dzięki zaprzyjaźnionemu ochroniarzowi dostałam klucze. Przekręciłam je w zamku i weszłam do pokoju pełnego przeróżnych papierów. Podeszłam do szafki z literą M. Zaczęłam szukać Manson, Medir, Mivey i w końcu Moriarty Jim. Wzięłam teczkę i usiadłam przy biurku. Przerzucałam kartki. Nic. Wszystkie były puste. Żadnych zdjęć, przyczyn zgonu, obrażeń nic. Białe czyste kartki. „Jak to?” – pomyślałam. Przecież pracowało przy tym tyle osób. Wiadomo, że Moriarty jeśli żył musiał mieć tu wtyczkę no, ale przecież ktoś zauważył, by ktoś brak jakichkolwiek informacji! Zastanowiłam się kto miał dostęp do dokumentów, lecz takich osób było za dużo. Musiał być to ktoś więcej niż tylko szpieg przebrany za lekarza. Jeśli Moriarty strzelił nawet ślepakiem, tak czy inaczej odniósł jakieś obrażenia oparzenia, złamanie podstawy czaszki i potrzebował szybkiej pomocy. Wiec musiał być to ktoś, kto był wtedy nie daleko i nie rzucał się w oczy. Więc ktoś kogo wszyscy znali. Jest to osoba z bliskiego otocznia i ten ktoś ciągle jest w śród nas i melduje wszystko Moriartemu.
sobota, 10 maja 2014
Rozdział IV (Mycroft)
Siedziałem w
swoim biurze, gdy usłyszałem dzwoniący telefon. Niechętnie podniosłem
słuchawkę.
- Mycroft Holmes. Słucham?
- Panie Holmes, właśnie
dowiedzieliśmy się, że Janine Hawkins została zamordowana – odrzekła osoba po
drugiej stronie telefonu.
W
tym głosie poznałem inspektora Lestrade.
-Janine Hawkins? To ta płotka od
Magnussena?
-Tak, to ona.
-Czy Scotland Yard nie może się
tym zająć bez mojej pomocy? – zapytałem zniecierpliwiony. Odbierałem takie
telefony po kilkanaście razy dziennie.
-Proszę wybaczyć, ale sądziłem,
że warto by Pana poinformować, Panie Holmes – odrzekł Lestrade. –Zabójstwo popełniono
przy Baker Street 221B.
Przez
chwilę sądziłem, że się przesłyszałem.
-Zaraz tam będę – powiedziałem.
W
mojej głowie krążyły tylko myśli: „Sherlocku, coś ty narobił”. Jak zwykle
wyobraziłem sobie mojego młodszego brata.
-Taxi! Na Baker Street 221B.
Wsiadłem do
auta. Twarz kierowcy wydała mi się znajoma. Jednak nie miałem czasu teraz się nad
tym zastanawiać. Jakaś cząstka mnie nie pozwalała mi uwierzyć, że Sherl to
zrobił. Owszem, zabił z zimną krwią Magnussena, ale Janine? Nie miał powodu się
na niej mścić. Sprzedała wiele informacji o nim różnym gazetom, ale Sherlock
nie przejmowałby się opinią magazynów.
Moje
myśli przerwał głos taksówkarza:
-Wierzysz, że on to zrobił? –
zapytał.
-Że kto zrobił co? – natychmiast
odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Niepotrzebnie, bo już domyśliłem się, z kim
rozmawiałem.
-Wiesz, o kim mówię.
Zadziwiony
takim obrotem sprawy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nagle taksówka zatrzymała
się. Ale nie byliśmy na Baker Street. Rozpoznałem, że to jakieś dwie przecznice
z domu Sherlocka.
-Wysiadaj – usłyszałem.
Otworzyłem
drzwi. Po drugiej stronie ulicy na krawężniku stał nikt inny niż Moriarty.
-Did you miss me?
Znowu
nie wiedziałem, co odpowiedzieć. To uczucie stało się irytujące.
-Oh, nie żartuj sobie, Jim –
odrzekłem w końcu. Prawie natychmiast postanowiłem przejąć kontrolę nad
rozmową. –Kurt, od kiedy wozisz ludzi po mieście w przebraniu zwykłego taksówkarza?
Zawsze uważałeś, że wykonywanie takiej pracy nie wypada człowiekowi pochodzącemu
z otoczenia Rodziny Królewskiej?
-Teraz wszystko się zmieniło.
Londyn się zmienił, czasy się zmieniły, praca się zmieniła – odpowiedział. –Nawet
Sherlock się zmienił. Hahaha – roześmiał się przebrany za taksówkarza człowiek.
Pracowaliśmy
kiedyś z Kurtem w tym samym biurze. To było 10 lat temu. Lubiliśmy ze sobą rywalizować.
Jednak pewnego dnia nasz pracodawca zdecydował, że jest miejsce tylko dla
jednego z nas. Ja zostałem, a jego zwolnili. Dzięki zdobytemu doświadczeniu Kurt
został jednym z pracowników Rodziny Królewskiej.
-Widzę, że pracodawca też się
zmienił. Od kiedy zostawiłeś Królową dla kogoś takiego jak on?
-Wypraszam sobie, ja też ładnie
wyglądam w koronie –odparł Jim. Spojrzał na zegarek. –Nie chcemy przeciągać
pańskiego czasu, Panie Holmes.
-Wiesz, że Sherlock tego nie
zrobił, jednak nie będziesz mógł nic z tym zrobić – odezwał się Kurt.
-Wielka Gra się już zaczęła –
kontynuował Jim.
Nastała
cisza.
-Sądzę, że dowiezienie Pana dalej
nie będzie miało sensu. Do widzenia, Mycroft – powiedział Kurt, wsiadając z
Moriarty’m do auta.
Odjechali.
Otworzyłem parasolkę, bo zaczęło padać. Pomyślałem: „Czas wybawić braciszka z
kłopotów” i ruszyłem w kierunku jego domu. Po chwili zadzwonił telefon.
-Królowa chce się natychmiast z
Panem widzieć – odrzekł głos. –Proszę jak najszybciej stawić się w jej pałacu.
Nie
wiedziałem, o co chodzi. Jednak po chwili zacząłem kojarzyć fakty. Zrozumiałem
sens słów „dowiezienie Pana dalej nie będzie miało sensu”. W głowie słyszałem
głos Moriarty’ego „Wielka gra się już zaczęła”.
MH
Rozdział III (Moriarty)
Szedłem ulicą Londynu. Na głowie miałem czapkę „London”, a w
uszach słuchawki. Aaaaaaa!!! Stay’in
alive!!! - dudniło mi w uszach. Nagle koło mnie przejechało auto i
wjeżdżając z rozpędem w kałużę, ochlapało mnie całego. Przesiąkłem do suchej
nitki. Wrzasnąłem na cale gardło, ale samochód już dawno zniknął na horyzoncie.
Nie wiedziałem gdzie pójść. O tej godzinie wszystkie knajpki i hotele w
Londynie były pozamykane. „Oprócz jednej” -
przemknęło mi przez myśl.
Kroczyłem ulicą Baker Street. Nic się na niej nie zmieniło.
Te same wielkie domy, w których niespokojnie śpią rodziny. Niestety, już
niedługo ich sen zostanie przerwany. Już niedługo otworzą oczy i zobaczą, jaki
świat jest naprawdę. Stanąłem przed drzwiami domu. Domu, w którym parę lat temu
wszystko się zaczęło. Domu, który był z zewnątrz taki jak inne, ale w środku
kryl wielką tajemnicę. Spojrzałem na kołatkę „Jak zwykle przekrzywiona” - pomyślałem. Nie chciałem pukać, aby nie
zbudzić żadnego z domowników. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem przed sobą te same
schody, po których kilka lat wcześniej wchodziłem, aby zapowiedzieć śmierć.
Ostrożnie wspiąłem się po schodach. Gdy byłem już na górze, wyjąłem z kieszeni
gumę do żucia i wrzuciłem sobie do ust. Teraz byłem gotowy. Gotowy na Wielki
Powrót.
Otworzyłem drzwi. Byłem pewien, że będzie jeszcze spał, ale
stał przy oknie z telefonem w ręku. Zdawał się nie zauważyć, mojego wejścia.
Ale ja wiedziałem, że jest inaczej.
- Nie rozumiem, co
pani o tej godzinie tu robi, pani Hudson. Ma pani stąd wyjść! W tej chwili! - powiedział,
dalej się nie odwracając. Nie ruszyłem się z miejsca.
- Niech pani stąd wyjdzie! - krzyknął, lecz stał dalej
odwrócony do mnie plecami.
- Myślałem, że zadzwonisz - powiedziałem - Albo, chociaż wyślesz sms‘a… Zawiodłem się na tobie. I to nie po raz pierwszy - dokończyłem. Stanął jak wyryty. Nagle zaczął się powoli odwracać w moją stronę. W końcu stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz. Teraz, w świetle księżyca, świetnie widziałem jego twarz. To był on. Cały z krwi i kości. On. Sherlock Holmes.
- Myślałem, że zadzwonisz - powiedziałem - Albo, chociaż wyślesz sms‘a… Zawiodłem się na tobie. I to nie po raz pierwszy - dokończyłem. Stanął jak wyryty. Nagle zaczął się powoli odwracać w moją stronę. W końcu stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz. Teraz, w świetle księżyca, świetnie widziałem jego twarz. To był on. Cały z krwi i kości. On. Sherlock Holmes.
Miał szeroko otwarte oczy. To było pewne. Co do reszty nie
byłem aż tak pewien. Odszedł od okna i usiadł na fotelu Johna. Podszedłem do
niego i usiadłem na fotelu naprzeciwko jego. Spojrzałem się na niego. Jak zwykle,
gdy myślał, miał złożone ręce jak do modlitwy. Otworzył usta, jakby chciał coś
powiedzieć, ale po chwili je zamknął.
- Masz może jakieś ubranie? Bo samochód mnie ochlapał, a
wszystko jest pozamykane - powiedziałem, ale zamiast odpowiedzi, zostałem obsypany
innym, bardziej podejrzanym wzrokiem.
- Bo wiesz, po dzisiejszym deszczu, to trochę tych kałuż się narobiło -
odparłem i chwyciłem długopis leżący na stoliku koło mnie. Sherlock dalej wpatrywał
się we mnie.
- Chyba przez chwilę nie myślałeś, że jestem martwy?- spytałem.
- Ale przecież ty… To nie jest logiczne….- zaczął.
- Sądziłeś, że tylko ty miałeś plan? Że tylko ciebie wspomaga
braciszek i stado żuli? - spytałem.
- To jest sieć bezdomnych. Oni nie są żulami - poprawił mnie,
z dziwnym spokojem.
- Och… Ty zawsze po stronie aniołków… Już myślałem, że przez
te trzy lata trochę się zmieniłeś… Ale chyba jednak nie….- zacząłem- Ale w
sumie, wiesz. ostatnio chyba troszkę pozmieniałeś wystrój… Normalnie siedział
tu z Tobą John. John… Watson. Dobrze pamiętam? Gdzie on się teraz podziewa? - zapytałem. Momentalnie zmienił mu się wyraz twarzy.
- Och… A więc jednak… Znalazł sobie kobietę? - spytałem,
specjalnie go drażniąc - Hmmm… Jesteście tacy nudni… Ty, John, Mary. Tak… Wiem o
Mary. I o jej dziecku. Córeczka, tak? Jesteście jak rój mrówek. Ciągle w biegu,
pracujecie jak stado pszczół. Zatrzymalibyście się na chwilę, i spojrzeli na
to, na co zwykle nie patrzycie. Tobie i tak często udaje się wyhamować w tym
pędzie, ale John, Lestrade... Nawet ten mizerny Anderson. Oni nie zauważają
niczego podejrzanego w zwykłym przechodniu. Tobie czasami się udaję, ale nie
zawsze -powiedziałem i chwyciłem kartkę papieru - To musi być takie nudne.
Kierować się wyznaczonymi zasadami. Żyjemy w dwudziestym-pierwszym wieku,
kochany! Teraz wszystko jest możliwe! - powiedziałem.
- Ale nie rozumiem...- zaczął. Wyglądał na zmieszanego - Przecież postrzeliłeś się w głowę. Przeżyć to, to jest logicznie niemożliwe!
-Czasami, kiedy wszystkie logiczne wyjścia nie pasują,
trzeba zajrzeć do tych nielogicznych - powiedziałem wstając. Odłożyłem kartkę oraz długopis i udałem się do drzwi. Gdy miałem już wychodzić, odwróciłem się i
dodałem
- Do zobaczenia wkrótce, Sherl.
Wyszedłem. Jedyny znak, który pozostawiłem po sobie to była karta z napisem: „I will burn U”.
Wyszedłem. Jedyny znak, który pozostawiłem po sobie to była karta z napisem: „I will burn U”.
Następnego dnia siedziałem w swoim apartamencie. Sekretarka
powiedziała, że za pól godziny przyjdzie Janine. To ona przez te dwa lata,
zanim „wróciłem” dokonywała dla mnie wywiadu o Sherlocku. Po czteroletnim
stażu agentka FBI. Do dziś dzień cieszę się, że ją zatrudniłem. Była jedną z
tych osób, które łamały zasady. Była też przy okazji dobrą aktorką. Pól godziny
miałem zamiar spędzić rzeźbiąc w jabłku, ale niestety czynność tę przerwał mi
jakiś cholerny telefon. Numer nieznany.
- Czego?! - warknąłem do słuchawki
- Baker Street. Teraz- usłyszałem kobiecy głos.
- Kto mówi? - spytałem.
- Sierżant Sally Donovan. Z policji.
- Ach… To ty. Przepraszam, jestem umówiony na spotkanie, ale
jeśli czujesz się samotna, możesz w każdej chwili do mnie wpaść, kotku - powiedziałem
namiętnie.
- W tej chwili jestem na służbie, ale po pracy mogłabym
wpaść- powiedziała zniżonym głosem.
- To świetnie! - krzyknąłem - Bo wiesz, mam strasznie brudną podłogę! I nie, nie przyjadę na Baker Street! Do widzenia! - ponownie krzyknąłem i już miałem się rozłączyć, kiedy nagle dodała szybko:
- To świetnie! - krzyknąłem - Bo wiesz, mam strasznie brudną podłogę! I nie, nie przyjadę na Baker Street! Do widzenia! - ponownie krzyknąłem i już miałem się rozłączyć, kiedy nagle dodała szybko:
-On chce cię widzieć.
Rozłączyłem się. Zacząłem się zastanawiać, czy pojechać tam, czy nie, kiedy nagle moja sekretarka, Kate, wpadła do pokoju
Rozłączyłem się. Zacząłem się zastanawiać, czy pojechać tam, czy nie, kiedy nagle moja sekretarka, Kate, wpadła do pokoju
- Sir, przepraszam, ale dostałam właśnie telefon, że panna
Janine… - rozpoczęła, lecz zaczęła niespodziewanie płakać.
- O Boże, Kate, wysłów się w końcu! Co jej jest?
- Janine - chlipnęła - Ona… Nie żyje…
Teraz było pewne. Jadę na Baker Street.
Wyszedłem jak najszybciej z apartamentu i pobiegłem po
samochód. W ciągu dziesięciu minut znalazłem się pod numerem 221b Baker
Street. Wszedłem do mieszkania i moim oczom ukazało się ciało Janine. Ubrana była
w normalny strój wyjściowy. Z czoła ciekła jej krew. Nawet taki palant jak
Anderson odkryłby, że została trafiona tępym narzędziem. Ale jedyne co mnie zaskoczyło to to, że ciało znajduję się na Baker Street.
- Kto ją zabił? - spytałem. Cisza.
- Kto ją zabił?! - krzyczałem. Odwróciłem się od ciała i zobaczyłem
załamanego Johna, płaczącą panią Hudson, smutnego Lestrade’a.
- Pytam się po raz kolejny. Kto ją do cholery zabił?!
- Ja - usłyszałem za sobą głos. Ostrożnie się odwróciłem i ku
memu niezdziwieniu stał tam on. Sherlock Holmes.
- Ty? - spytałem - Taka zapracowana pszczółka jak ty? Przecież
jesteś tylko zwykłym człowiekiem. Jak mogłeś ją zabić?- zaszantażowałem go. Wiedziałem,
że może się wkurzyć, a wtedy policja uzna go za niebezpiecznego dla otoczenia i go aresztuje.
- Ona pracowała dla Moriarty’ego - powiedział do Lestrade’a.
- Przykro mi Sherlock, ale to Cię nie usprawiedliwia. - odparł
ze smutkiem i wyszedł. Za nim podążyła Donovan i Anderson. Chwilę później wyszła
reszta. Zostałem tylko ja i on.
- Dlaczego powiedziałeś, że to ty ją zabiłeś? - spytałem.
- Wiedziałem, że jak powiem, że to ty to znajdziesz jakieś
usprawiedliwienie - powiedział.
- Wiesz co… Myślałem, że nie jesteś zwykłą mróweczką. Nie pomyślałeś
o tym, że specjalnie podłożyłem tu ciało, aby ciebie oskarżyli, ale widzę, że
sam się oskarżyłeś. Poszło dużo łatwiej - powiedziałem - Teraz, gra się zaczęła.
Wyszedłem.
Wyszedłem.
JM
piątek, 9 maja 2014
Rozdział II (Irene)
- Carlotta,
słyszałaś? – zapytałam pewnego dnia swoją makijażystkę - Carlottę Neveu, siedząc przed lustrem w jednym z
licznych pokoi mojego domu w Londynie.
- O czym,
pani Adler?
- Oj,
Carlotta, jakaś ty głupia! Nie słyszałaś? Piszą o tym w każdej gazecie. Ciekawi
mnie, skąd się o tym dowiedzieli.
Jako że zauważyłam zdezorientowanie na twarzy Neveu, westchnęłam i wyjaśniłam.
- Watsonowi
urodził się dzieciak. Malutki, słodki bachorek, który z wiekiem będzie stawał
się coraz słodszy, będzie zabierał każdą wolną chwilę ojcu, a wynikiem tego będzie
upadek Sherlocka. Bo przed kim będzie popisywał się swoim geniuszem? Ale do
tego nie dopuścimy, prawda?
-Jak to,
pani. Myślałam, że do tego dążysz.
Roześmiałam się perlistym, dźwięcznym śmiechem. Wyjęłam telefon i z zadowoleniem
przeglądałam zdjęcia.
- Popatrz,
Carlotto, na te kości policzkowe. Wspaniałe, prawda? A te oczy… I usta, idealne
do całowania…. Wiesz, co to znaczy?
- Nie, pani.
- Chcę go.
*
W tym samym
momencie, w Szpitalu św. Tomasza na Westminster Bridge Rd.
- Panie
Watson...
- Tak?
- Gratuluję,
został pan ojcem. Jak będzie miała na imię?
- Ona?
Tyle
wystarczyło, bym ja, John Watson, najzwyczajniej w świecie zemdlał.
*
- John.
John!
Obudziło mnie mocne uderzenie w policzek. Wykonawcą tej czynności był dość wysoki,
czarnowłosy mężczyzna w długim, ciemnym płaszczu.
- Sherlocku,
czy ty zwariowałeś?!
- Było nie
mdleć.
- Łatwo ci
mówić. To nie ty jesteś ojcem w najmniej oczekiwanym momencie. Robiłem tosty!
- Humor ci
dopisuje.
- Mary jest zdrowa, dziecko też. Czemu miałbym
nie być?
Właśnie w
tym momencie, gdy Sherlock zapewne planował rzucić kąśliwą uwagę na temat
rodzicielstwa, rozległ się głośny dzwonek przychodzącego SMSa.
- Kto to? –
zapytał John.
- Nikt –
mruknął detektyw i wyszedł na zewnątrz. Wciąż osłupiały z wrażenia po raz wtóry
rzucił okiem na ekran telefonu. Wpatrywał się dobre dziesięć minut z otwartymi
ustami w wiadomość.
Tęskniłeś,
Holmes?
IA
*
- Ale jak
to? Wielki powrót Kobiety?
- Kto to
jest Kobieta? – to pytanie rzuciła tydzień później Mary. Cala i zdrowa wróciła
do domu wraz ze śliczną, rumianą córeczką. Długo myśleliśmy nad imieniem
dla małej. Pozostawało to kwestią sporną.
- Irene
Adler. Ludzie nazywają ją po prostu Kobietą. To, czym się zajmuje, można
nazywać w różny sposób. Domyśl się, co robi. Bynajmniej, nie pracuje jako
grzeczna bizneswoman. Nie pani Adler.
- A dlaczego
Sherlock nagle tak ucichł?
- Cóż, miał
pewne... Hmm... Bliskie spotkanie z Irene. Prawda, Sherlock?
- John, idź
i sprawdź z łaski swojej, czy nie ma cię za drzwiami.
- Widzisz
Mary? Obraził się. Cały Sherlock. – mruknąłem patrząc z kpiną na
wychodzącego mężczyznę.
*
Noc. Księżyc
wdzierał do pokoju przez szpary między zasłonami. Rozlewał się na biurku
zawalonym papierami, miękkim dywanie i mlecznobiałym światłem oświetlał łóżko,
w którym spał Holmes. Nagle jego spokojny sen przerwał SMS.
Wiem, że
śpisz. Przyjedź do mnie w sobotę wieczorem.
Mam coś dla ciebie.
Czekam.
IA
…. Powietrze
rozdarło wyjątkowo paskudne przekleństwo....
Prolog (Anderson)
Stanąłem
przed ścianą w swoim pokoju. Wciąż była obklejona kartami z rozrysowanymi
planami. Nadal nie wierzyłem w historię, którą opowiedział mi Sherlock. To nie
jest człowiek, który tak po prostu mówi prawdę. Tym bardziej komuś takiemu jak
ja. Anderson. Phillip Anderson. Zbyt wielu słów już się od niego nasłuchałem, by
uwierzyć, że nagle stanie się dla mnie miły i wyjawi sekret swojego życia, a dokładniej śmierci. A jeszcze dokładniej – zmartwychwstania.
Razem z
fanami Sherlocka, których udał mi się odnaleźć dzięki portalom
społecznościowym, wciąż śledziliśmy jego poczynania. Wszystkie sprawy.
Staraliśmy się rozpracować jego i jego psychikę. Brać przykład. Dla nich była
to frajda. Dla mnie – możliwość poprawy umiejętności, a co za tym idzie – awans
w policji. O ile Lestrade by to docenił, bo czasem miałem wrażenie, że jednak
bardziej interesuje go to, co mówi Holmes i to jego słucha częściej, niż
własnego rozumu. W sumie nie ma się co dziwić. Ten człowiek przewyższał
inteligencją nas wszystkich. Ale wciąż nikt nie był w stanie go do końca
rozgryźć.
A ja
próbowałem.
Czasem
się koło niego kręciłem. Podsłuchiwałem. Ale zawsze udawało mu się mnie zbyć.
Podobno
się zmieniłem. I nie mówię o tym, że zgoliłem brodę, ale żona wciąż mi to
powtarzała tuż przed tym, jak odeszła. Nie wzięliśmy rozwodu. Wyjechała. Powiedziała, że musi trochę odpocząć od tego, że wciąż gadam o Sherlocku, że
musi przemyśleć sobie parę rzeczy. Spotykam się więc z Donovan. Nie wiem, jakie
ona ma zdanie na ten temat. Mam nadzieję, że nie przeszkadza jej to tak bardzo.
Odkleiłem
ze ściany zdjęcie dachu i karetki. Wciąż nie mogłem rozpracować tego człowieka.
Jak mógł tak po prostu wrócić?
On też
się zmienił. To się czuje. Od kiedy John jest z Mary, nie jest już taki sam.
Zazdrosny? Smutny? Boi się, że straci Watsona? Nie wiem, przecież mi się nie
zwierzy. I, muszę przyznać, trochę się o niego bałem. Mam wrażenie, że John to
ten jego punkt. Pięta Achillesa. Mają na siebie zbyt duży wpływ, jeden bez
drugiego przestaje być czegokolwiek wart. Jeśli John wybierze rodzinę, Sherlock
już nie będzie Sherlockiem. Widziałem nagrania ze ślubu. Jego spojrzenie. Ten
smutek w oczach. Tak bardzo chciałbym zrozumieć, co siedzi w jego głowie…
Zadzwonił
telefon. Podszedłem do stolika. Z a s t r z e ż o n y. Czyli z pracy.
- Tak?
- Anderson. Jest
problem – usłyszałem. To Lestrade. Brzmiał na zdenerwowanego, głos lekko mu się
trząsł.
- I dzwonisz z tym do
mnie. – To nie było pytanie. To raczej sarkazm. Od kiedy Greg liczył się z moim
zdaniem? Od kiedy Greg liczył się ze zdaniem kogokolwiek, kto nie ma inicjałów
SH? Zbyt często mnie uciszał. Wiedziałem, że i tak nie chce mnie słuchać. Skoro
do mnie dzwoni, to musiała być to poważna sprawa. Albo po prostu zbyt błaha dla
guru dedukcji.
- Tak. Wszyscy już o
tym wiedzą. Cały Londyn postawili na nogi. Też byś wiedział, gdybyś wyszedł na
miasto, zamiast siedzieć w tych poobklejanych durnymi notatkami czterech
ścianach!
Milczałem.
- A Sherlock?
- Sherlock też już o
tym wie, ale tym razem chyba sam sobie nie poradzi.
- Więc o co chodzi?
Nie
musiał odpowiadać. Bo za chwilę tą odpowiedź otrzymałem. Do mojego mieszkania
wpadła Lisa, jedna z członkiń klubu. Dyszała przez chwilę, musiała biec spory
kawałek. Z przerażeniem patrzyła na mnie, jakby oczekiwała ratunku. Wydusiła
tylko dwa słowa, które odwróciły moje życie do góry nogami.
- Moriarty wrócił.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
