piątek, 30 maja 2014

Rozdział XII (Irene)

Trzaśnięcie drzwiami.. dźwięk rozbitego szkła… krew na podłodze…
Obudziłam się zlana potem. Za oknem księżyc oświetlał moją sypialnię. Od spotkania z Holmesem minęło kilka dni, a mnie wciąż śni się ten sam koszmar. Wstaję z łóżka. Idę do łazienki. Nawet lodowata woda nie potrafi zmyć chorobliwych rumieńców z mojej twarzy. Rzuciłam okiem na podłużne, szare pudełko stojące na hebanowej toaletce. Nie, nie będę głupia. Tylko zdesperowane idiotki żądne romantycznych przygód się tną… Chociaż….
Wolno podeszłam do toaletki. Uchyliłam wieko pudełka. Na atłasie spoczywał długi, srebrny sztylet. Przebiegłam delikatnie palcami po chłodnej klindze. Sprawdziłam opuszkiem jej ostrość. Metal idealnie wpasował się do mojej dłoni. Położyłam się na łóżku. Staromodny, stojący zegar z ciemnego drewna swymi złotymi wskazówkami uświadamiał mi, że za minutę północ… Sztylet w mojej dłoni błyszczał trupim blaskiem… czas stanął w miejscu… Przyłożyłam ostrze do bladej dłoni, dokładnie tam, gdzie przebiegały błękitne żyły. Zaszumiało mi w głowie. Zrób to! Nie katuj ludzi swoją obecnością!- wołał głosik. Zamrugałam szybko. On cię nie kocha! Odpuść!
Jedno cięcie… Skóra pękła.....Wpatrywałam się w piękny szkarłat płynący strużką…
Jedno, ostatnie bicie serca.. pokój zawirował… Ostatkiem sił ujrzałam przystojnego bruneta w czarnym płaszczu. Mówił coś, krzyczał…
Już nie słyszałam….
Na zewnątrz nieboskłon rozcięła błyskawica. Nadchodził sezon burz. Nawałnica nie omieszkała zbudzić ze snu nawet koronowanych głów. Przebudziła się Księżna Katarzyna w swoim łożu u boku męża. Z krzykiem zerwała się sama Królowa, mnąc jedwabne rękawy różowej koszuli nocnej. Zbudził się sam premier Zjednoczonego Królestwa, David Cameron. Burza nie ominęła nawet zwykłych londyńczyków. Płacz małej Sherly i grzmoty zbudziły Mary I Johna Watsonów. W małej kawalerce obudziła się Molly Hooper, sięgając po ręcznie dziergany sweter. W ładnym mieszkaniu, w sypialni o grafitowych ścianach zerwał się z krzykiem Jim Moriarty, sięgając po pistolet.
Na Baker Street 221 b czuwał z kubkiem herbaty w rękach Sherlock Holmes.


sobota, 17 maja 2014

Rozdział X (Molly)

Zmęczona przeciągnęłam się na krześle i rozmasowałam kark poczym wzięłam ogromny łyk siódmej już dzisiaj kawy.  Od kilku dni siedziałam nad sprawą zniknięcia informacji na temat Moriarty’ego i byłam już tym szczerze zmęczona lecz  ciekawość i myśl, że jeśli może uda mi się dojść kto jest jego wtyczką poprawi moją sytuacje w oczach Sherlocka była silniejsza i nie dawałam za wygraną.
-Molly idziemy z dziewczynami do baru dołączysz się?- spytała wychodząc Alice koleżanka z pracy a ja wskazałam na biurko zawalone papierami.
-Kiedy indziej- odparłam z uśmiechem i pomachałam jej na do widzenia. Po godzinie przeszukiwania papierów oczy zaczęły same mi się zamykać więc postanowiłam pójść po kolejną kawę.  Kiedy doszłam do szpitalnej kawiarenki ku mojemu zaskoczeniu przy małym stoliku w koncie dostrzegłam  samotnie siedzącego starszego z braci  Holmes.
-Nie w pracy?- spytałam nieśmiało. Nie znałam go dobrze lecz z tego co o nim słyszałam jest pracoholikiem i całymi dniami od rana do wieczora przesiaduje w pracy. Spojrzał na mnie i tylko uśmiechnął się smutno. Nie był podobny do brata nie miał czarnych loczków czy wydatnych kości policzkowych lecz miał to samo przenikliwe spojrzenie.
-Pewnie szukasz Sherlocka. Nie ma go tutaj , dawno tu nie zaglądał i nie wiem gdz…
-Nie  szukam mojego brata- przerwał mi poczym dodał - wiem doskonale gdzie jest. Jest na randce.
Zakrztusiłam się kawą i zaczęłam głośno kaszleć. Sherlock? Randka? Te dwa słowa do siebie na pasują…
-Sherlock… Sherlock Holmes ten Sherlock Holmes jest na randce?- spytałam sama nie wierząc w to co mówię.
-Tak można powiedzieć, że chodzi cały w skowronkach …oczywiście jak zawsze-dorzucił sarkastycznie. Zacisnęłam dłonie w pięści i schowałam je  do kieszeni, poczułam, że cała się czerwienie
Odstawiłam kubek i wybiegłam  zawstydzona z sali. Zatrzymałam się dopiero przy drzwiach od laboratorium wtargnęłam do środka. Łzy płynęły mi strumykiem po policzkach i ciężko opadały na śnieżno biały fartuch. Nie powinno mnie to interesować przecież nie jesteśmy razem ani nic z tych rzeczy… jednak coś we mnie pękło… Te nad godziny…te całe poszukiwanie informacji…. te dacie pomiatać sobą  tylko dlatego, że miał zły humor.. pomogłam mu nawet sfingować własną śmierć! Zerwałam dla niego zaręczyny z prawdopodobnie jedynych mężczyzną który od razu ode mnie nie uciekł! To wszystko dla niego! Tyle poświeceń przez te wszystkie lata a on i tak traktuje mnie jak jakiegoś psa a nawet gorzej. Chwyciłam pierwszą lepszą rzecz która wpadła mi pod rękę jak okazało się była to szklana waza i rzuciłam nią o ścianę patrząc jak rozsypuje się w drobny mak. Skuliłam się w rogu pokoju i gorzko płakałam siedziałam tak przez kilka minut przypominając sobie te wszystkie chwile kiedy coś dla niego robiłam a on….  Musze wziąć się w garść…. muszę przestać być jego ofiarą a w tym pomoże mi tylko jedna osoba. Wstałam strzepałam brud z ubrania i wyciągnęłam z kieszeni telefon. Wykręciłam numer. Trzy sygnały…cztery… już chciałam się rozłączyć kiedy usłyszałam.
-Słucham?

-Eee….hej nie wiem czy mnie pamiętasz… z tej strony Molly. Słyszałam, że chcesz dopaść Sherlocka Holmesa. Jim.

czwartek, 15 maja 2014

Rozdział IX (Mycroft)

               Minął tydzień od mojego spotkania z Moriarty’m, a moje życie wywróciło się do góry nogami. Postanowiłem coś z tym zrobić. Tylko co? Podrapałem się po podbródku. Poczułem zarost. No tak, nie goliłem się od kilku dni. W sumie nie miałem po co. Straciłem coś, co było dla mnie wszystkim. Straciłem pracę.
*tydzień wcześniej*
-Zapraszam do środka, panie Holmes – powiedział jakiś człowiek.
                Rozejrzałem się wokół. Jeden, dwóch, trzech. Czwarty i obok niego kolejny. To daje razem pięciu ochroniarzy. O dwóch więcej niż zwykle. Niedobrze.
                Rodzina Królewska nie zatrudniałaby więcej, niż by potrzebowała. Wniosek: Jej Królewska Mość musiała się kogoś bać. Tylko czy tym kimś byłem ja? Pewnie zaraz się tego dowiem.
                Wszedłem do pokoju. Tego samego, w którym gościł Sherlock i Watson swego czasu. Tylko, w przeciwieństwie do brata, ja nie byłem ubrany w prześcieradło.
-Witam Waszą Królewską Mość – odezwałem się pierwszy.
-Witamy w naszych progach, panie Holmes – odpowiedział jeden z mężczyzn stojących na obok. –Proszę usiąść – natychmiast dodał.
-Czy napije się Pan herbaty? – spytała tym razem Królowa. Nic dziwnego w końcu dochodziła piąta. Jednak oboje wiedzieliśmy, że to nie czas na herbatkę z monarchinią Wielkiej Brytanii.
-Chętnie – starałem się grać opanowanego. W głębi serca wiedziałem, że wezwano mnie tutaj, bo tak zaplanował to Moriarty.
-Chciałam podziękować Panu za Pańskie usługi dla Wielkiej Brytanii, Panie Holmes. Proszę pamiętać - Naród jest najważniejszy. Ze względu na Pańskie czyny chciałam Pana nagrodzić. Myślę, że zasłużył Pan na przyznanie Orderu Imperium Brytyjskiego. Gdy wykonało się tyle pracy dla Narodu, zasługuje się na wcześniejszy odpoczynek.
                Wszystko zaczynało mieć sens. Ktoś musiał się mnie bać, dlatego było więcej ochroniarzy. Królowa? Nie, to by było za proste. Według kogoś wiedziałem za dużo. Dla kogoś znaczyłem za dużo. Moriarty!
*tydzień później*
                Straciłem coś, co było dla mnie wszystkim. Straciłem pracę.
                Ale to był czas, żeby coś z tym zrobić. Najwyższy czas. Minął tydzień, o tydzień za dużo.
    Dzień rozpocząłem od ogolenia się. To był zdecydowanie dobry pomysł. Potem ubiór. Garnitur? Chyba na razie nie jest już mi potrzebny. Ubrałem zwykłą koszulę i dżinsy. Może to i dobrze – nareszcie jakaś odmiana. Zerknąłem na nagłówki gazet. Nic specjalnego się nie działo przez ostatni tydzień. Nic specjalnego! Zaczynałem się nudzić. Ja, Mycroft Holmes, zaczynałem się nudzić!
                Postanowiłem wyjść z domu. Po co? Trzeba się było czymś zająć. Praca – zawsze ona była na pierwszym miejscu. Co było kolejne w hierarchii? No tak. Lepiej się z tym zmierzyć od razu. Lepiej się z nim zmierzyć od razu.
-Taxi! Baker Street 221B.
***
                Dochodziła jedenasta. Wysiadłem z taksówki. Chciałem nacisnąć klamkę i otworzyć drzwi, ale zauważyłem przekrzywioną kołatkę. Poprawiłem ją. Gdy przekroczyłem próg, ujrzałem panią Hudson.
-Dzień dobry, Mycrofcie! Jak miło Cię widzieć. Herbatki? – spytała. –Sherlock wyszedł, podobno miał jakieś sprawy związane ze chrzcinami dziecka Mary i Johna. Wiesz, że poproszono go, by został ojcem chrzestnym?- kontynuowała pani Hudson.
                Chciałem się spotkać z bratem od razu. Nie miałem ochoty czekać, za długo odkładałem to spotkanie. Rozsiadłem się na fotelu. Mijały godziny.
                W końcu około dziewiętnastej przyszedł Sherlock. Zdjął płaszcz i rzucił go na fotel obok mnie.
-Witaj braciszku. Nie czekałeś na mnie długo, prawda? – spytał mnie z udawaną troską w głosie.
-Nie, wcale, nie przejmuj się – odpowiedziałem.
-A jakie to interesy sprowadzają Cię do mnie zwykłą taksówką. Przecież mogłeś przyjechać  helikopterem, prawda, że mogłeś? Chciałeś to zrobić od tygodnia, nieprawdaż? – spytał otwierając szafę.
-Skąd o tym wiesz?!
-Ubrałeś dżinsy. Na twojej twarzy widnieją poranne ślady golenia maszynką, nie golarką elektryczną. Czekasz już długo, bo masz plamkę po herbacie oraz wygniecioną koszulę. Dlaczego nie zamówiłeś kawy, nie przysnąłbyś, czekając.
-Nikt niczego nie będzie zamawiać, nie jestem gosposią! – rozległo się wołanie z dołu.
-Nie! Skąd wiedziałeś, że to już trwa tydzień? – spytałem.
-Twój identyfikator stracił ważność. Wiesz, czasami lubię się przejechać policyjnym radiowozem, zamiast metrem czy taksówką. Wychodzi szybciej i taniej. Ale robię to też ze względu na nudę – wyjaśnił Sherlock.
                Mogłem się spodziewać takiej odpowiedzi.
-A teraz przepraszam cię braciszku, ale muszę się przygotować – kontynuował.
                Wyciągnął ciemnofioletową koszulę z szafy i wszedł do sypialni. Nagle coś mnie zaintrygowało. Z kieszeni płaszcza wystawało zdjęcie… Zdjęcie Kobiety! Z tyłu napisany był adres. To nie pismo Sherlocka. Tusz świeży, na dole dopisek – dzisiejsza data i godzina 19:45. Była 19:15. Próbowałem przypomnieć sobie, gdzie jest ta ulica i ile czasu potrzeba, żeby tam dojechać. Metrem się nie zdąży. Trzeba wziąć taksówkę. Zdążyłem wsunąć zdjęcie do kieszeni i zaraz wyszedł Sherlock. Chwilkę, czy on ubrał spinki do koszuli?!
                Brat wydawał się nie zwracać na mnie uwagi. Wziął płaszcz i jak zwykle postawił kołnierz. Mimo to wyglądał inaczej.
-Wychodzę, chyba już ci o tym mówiłem.
-A gdzie Sherlock Holmes wychodzi o tej porze? Przecież jest wieczór, a ty nie chodzisz na randki.
                Brat wydawał się zamyślony, jednak gdy usłyszał ostatnie słowo, przeszył mnie wzrokiem.
-Moriarty ostatnio jest zajęty jakimś planem, Wielka Gra czy coś w tym stylu. Wydaje mi się, że wiesz coś o tym. W każdym bądź razie, jak widzisz, nie mam czasu na randki.
-Czyżby? Co innego zdaje się mówić twoja kieszeń. Za dużo w niej sentymentów.
                Utkwił we mnie wzrok na kolejną chwilę. Czekaliśmy. Chwilę później Sherlock jakby się ocknął i spojrzał na zegarek.
-Jadę taksówką, podwieźć cię gdzieś?
                Kompletnie mnie zamurowało. On tak po prostu się poddał. Nie powiedział już nic. Przecież zawsze do niego należało ostatnie słowo!
Zdjęcie w kieszeni,  tak, aby zawsze mieć je przy sobie. Ciemnofioletowa koszula ze spinkami. Kołnierz postawiony tak jak zwykle, a jednak wyglądał inaczej. Nie poznawałem go, nie poznawałem mojego brata.
                Czyżby Sherlock się zakochał?!

                

wtorek, 13 maja 2014

Rozdział VIII (Irene)

Czarna koronkowa sukienka do połowy ud leżała na mnie idealnie i pasowała do czarnych szpilek. Jak zwykle, postawiłam na ostry makijaż typu smoky eyes oraz krwistoczerwone usta. Klasyka. Jeszcze raz spojrzałam w lustro.  Jaśniejszy kolor włosów rzeczywiście poprawił mój wygląd. A może to zasługa nowej fryzury? Delikatnie pogładziłam czekoladowe loki spływające mi po plecach.
- Carlotta, jak wyglądam? – zapytałam makijażystkę, mimo że znałam odpowiedź.
- Jak milion dolarów, pani Adler – zażartowała dziewczyna.
- Nie podlizuj się. Powiedz prawdę. Dziś ważny wieczór.
- Ale to prawda! Pasują pani kręcone włosy. Holmes zemdleje na pani widok.
- Lepiej, żeby nie mdlał.
Nagle rozległ się dzwonek w drzwiach. Zerknęłam na zegar wiszący nieopodal. Za piętnaście ósma. Do boju. Mam jedynie nadzieję, że tym razem Watson go nie pobije. Wysłałam Carlottę do drzwi, a sama rozsiadłam się wygodniej w fotelu. Po chwili wszedł, a ja zamarłam…
Od dawna go nie widziałam. Mimo, że wciąż nosił swój ciemny płaszcz i granatowy szalik wyglądał nieco inaczej. Przez te lata rysy wyostrzyły mu się, a blask oczu delikatnie osłabł. Jedno pozostawało niezmienione. Jego czarne, kręcone włosy i fakt, że Sherlock Holmes pozostawał diablo przystojny. Ocknęłam się z zadumy stwierdziwszy, że należy się przywitać. Wstałam więc i poprawiłam sukienkę klnąc w myślach swój wybór, gdyż sukienka, choć elegancka i seksowna, była niewątpliwie krótka. Podeszłam bliżej i z szybko odgoniłam pragnienie, by rzucić się na niego. Zamiast tego wybąknęłam krótkie:
- Witaj.
Zauważyłam z satysfakcją, że i on nie może się opanować. A jednak, nie tylko ja tęskniłam.
- Witaj, Irene. Przejdźmy do rzeczy.
- Powoli, powoli, powściągliwiej. Mamy czas.
Gestem zaprosiłam go by usiadł przy stoliku do kawy zastawionym chińską porcelaną. Po chwili weszła Carlotta z herbatą, mlekiem, cukrem i ciasteczkami.
- A zatem, miło mi cie widzieć. – powiedziałam nalewając herbatę do dwóch filiżanek – Jak życie?
- Dobrze.
- Coś ukrywasz. Tylko co?
- Mam pytanie.
- Pytaj.
- Czego ode mnie chcesz? Powiedz, Irene, do czego potrzebny ci prosty detektyw?
- Jakiś ty skromny. Mówią, że swoimi śliczniutkimi oczętami potrafisz rozpoznać, co człowieka trapi. Popatrz na mnie… i powiedz.
Wiedziałam, że nic nie powie. To co w tamtej chwili zrobił zdziwiło mnie najbardziej.
- Od tygodnia śledzisz mój życiorys, Sprawdzasz gdzie chodzę i z kim się spotykam. Wszędzie masz swoich informatorów, którzy dostarczają ci najróżniejszych szczegółów z mojego życia. Pytanie – po co?
- Nie domyślasz się?
- Domyślam. – odparł wstając. Począł chodzić po pokoju wyraźnie czymś strapiony. – A więc Irene Adler ma problem i to poważny. Czyżby Irene Adler jednak miała serce?
- A nie łatwiej się przekonać? – mruknęłam półszeptem. Tym razem nie wytrzymałam. Wszelkie stawiane przeze mnie mury runęły a ja zrozumiałam straszliwą prawdę. Jedyne, czego w tym momencie pragnęłam, było rozpłakać się. I stało się. Jedna, mała łza popłynęła po policzku rozmazując tusz i czarny cień do powiek.
- Wyjdź. Idź stąd, znikaj z mojego życia. – wyparowałam. – Byłam głupia. Wtedy miałam okazję, by cię zabić. Nie miałabym teraz takiego problemu. Wyjdź... 
W tak trudnych chwilach często wypowiadamy słowa, których nie chcemy. Tak i ja w tejże chwili nie pragnęłam, by Sherlock wyszedł. Chciałam, by został tu, przy mnie. Tymczasem on bawił się jedną z czerwonych róż z bukietu stojącego na toaletce.
- Chyba cię rozumiem. Ale nie mogę dopuścić do siebie tej myśli. – powiedział Holmes, po czym wyszedł, rzuciwszy mi na kolana różę.
Zostałam sama, w cichym, zimnym salonie. Zostałam sama z jedną, straszliwą myślą…

Zakochałam się.

niedziela, 11 maja 2014

Rozdział VI (Anderson)

 - Jasne. Do zobaczenia.
                Pożegnałem się z Donovan i wróciłem do pokoju. Rozsiadłem się na fotelu. Z przyzwyczajenia znów chciałem podrapać się po brodzie. Ale przeszkadzała Sally, więc pozbyłem się jej jakiś czas temu. Teraz częściej mnie odwiedza.
                Ostatnio przesunąłem też fotel. Stał teraz naprzeciwko ściany z planami. W rogu dokleiłem kilka nowych zdjęć. Tych z Moriartym. Wciąż nie rozumiem, dlaczego nie można było go aresztować, gdy przyszedł na Baker Street. Lestrade jak zwykle unikał tematu, mam więc złe przeczucie. Człowiek wygląda na chorego psychicznie. Trzeba go zamknąć. Gdziekolwiek.
                Podszedłem do zdjęć. Na jednym było ciało Moriartego. Na drugim dach. I numer 546G/009. To numer nagrania z systemu policyjnego. Nagrania z jednej z kamer przemysłowych, która zarejestrowała fragment samobójstwa Moriarty’ego. Włączyłem komputer i wyszukałem ten film.
                Widać dach, okna poniżej. I w pewnym momencie, w krawędzi ekranu, widać człowieka w płaszczu, przykładającego pistolet do gardła pod kątem 30 stopni i upadającego. Niestety, tylko tyle. Albo aż tyle. Nie udało mi się rozpracować Sherlocka, może uda się z Jim’em. Replay. Replay.
 - Skup się, Anderson! – krzyczałem sam na siebie. Chciałem się zmobilizować, próbowałem metody, którą stosował na mnie Sherlock, ale nie byłem w stanie wywrzeć na sobie takiego wrażania, jakie wywoływał we mnie ten człowiek.
                Replay.
                Replay.
                Stop.
                Chwileczkę.
                Moriarty. Pistolet włożony do ust, pochylony, skierowany do góry, lewą dłonią. U człowieka praworęcznego.
                Przypomniałem sobie inne sprawy samobójstw. Jak wyglądały ciała. I jak u p a d a ł y. Strzelając pod tym kątem ciało powinno upaść prawie idealnie w dół, mogło jedynie minimalnie osunąć się do tyłu.
                W tym wypadku było inaczej.
                Moriartie’go wręcz odrzuciło do tyłu. Do tyłu i lekko w bok.
 - Anderson, jesteś geniuszem! – zaśmiałem się sam do siebie.
                Jakie były wnioski? Upadek nie był spowodowany strzałem w usta. Coś musiało go trafić z zewnątrz.
                Snajper.
                Ale kto jeszcze próbowałby zabić Moriartego? Chyba, że…
                Zacząłem chodzić po pokoju w tą i z powrotem. Myśl, myśl, powtarzałem. To musiało się jakoś układać w całość.
                Snajper mógł współpracować z Jimem. Mógł strzelać ślepakami, a ten wariat mógł mieć kamizelkę. Upadł. Miał pojemniczek z krwią. Ale jakim cudem Sherlock nie zauważył, że ten czub udaje?
                Sherlock. Mogę mu zaimponować. Albo się zbłaźnić.
                Raz się żyje.
                Durne powiedzenie w sytuacji Sherlocka i Jima…
                Chwyciłem za telefon, wyszukałem w kontaktach SH i kliknąłem „Połącz”. Zastanawiałem się, czy zapisał sobie mój numer.
                Po trzech sygnałach odezwał się spokojny, nisko głos.
 - Czego, Anderson?
 - Skąd wiedziałeś, że to ja?
 - Do twojego numeru ustawiłem sobie melodyjkę „Dzwoni debil”.
                Przemilczałem to. Wahałem się, czy może nie udać, że pomyliłem numery. Westchnąłem.
 - Chyba wiem, jak przeżył Moriarty.
 - Co? Jak? – usłyszałem zdenerwowanie w jego głosie. A może radość. A może ironia i brak wiary w moje możliwości.
 - No… Chyba rozpracowałem, jak nie zginął. Że jest hochsztaplerem. Ta cała akcja z samobójstwem.
                Cisza.
 - Zaraz będę. – odpowiedział. – I dobra, może zmienię ten dzwonek. Ale nie używaj tak mądrych słów. Nie pasują do ciebie.

Rozdział V (Molly)

Od dawna zastanawiał się jakim cudem Moriarty przeżył. Jego ciało podobno badali najlepsi specjaliści. Nie dopuszczono mnie do dokumentów na temat zgonu a co dopiero do zwłok, mimo moich nalegań znałam tylko oficjalną wersję. Strzał w usta, kula małego kalibru, jednak to mi nie wystarczyło. Popołudniem powierzyłam moje zadanie koleżance z prosektorium i zjechałam windą na najniższe piętro budynku, gdzie znajdowały się wszystkie akta. Wcześniej dzięki zaprzyjaźnionemu ochroniarzowi dostałam klucze. Przekręciłam je w zamku i weszłam do pokoju pełnego przeróżnych papierów. Podeszłam do szafki z literą M. Zaczęłam szukać Manson, Medir, Mivey i w końcu Moriarty Jim. Wzięłam teczkę i usiadłam przy biurku. Przerzucałam kartki. Nic. Wszystkie były puste. Żadnych zdjęć, przyczyn zgonu, obrażeń nic. Białe czyste kartki. „Jak to?” – pomyślałam. Przecież pracowało przy tym tyle osób. Wiadomo, że Moriarty jeśli żył musiał mieć tu wtyczkę no, ale przecież ktoś zauważył, by ktoś brak jakichkolwiek informacji! Zastanowiłam się kto miał dostęp do dokumentów, lecz takich osób było za dużo. Musiał być to ktoś więcej niż tylko szpieg przebrany za lekarza. Jeśli Moriarty strzelił nawet ślepakiem, tak czy inaczej odniósł jakieś obrażenia oparzenia, złamanie podstawy czaszki i potrzebował szybkiej pomocy. Wiec musiał być to ktoś, kto był wtedy nie daleko i nie rzucał się w oczy. Więc ktoś kogo wszyscy znali. Jest to osoba z bliskiego otocznia i ten ktoś ciągle jest w śród nas i melduje wszystko Moriartemu.

sobota, 10 maja 2014

Rozdział IV (Mycroft)

 Siedziałem w swoim biurze, gdy usłyszałem dzwoniący telefon. Niechętnie podniosłem słuchawkę.
- Mycroft Holmes. Słucham?
- Panie Holmes, właśnie dowiedzieliśmy się, że Janine Hawkins została zamordowana – odrzekła osoba po drugiej stronie telefonu.
                W tym głosie poznałem inspektora Lestrade.
-Janine Hawkins? To ta płotka od Magnussena?
-Tak, to ona.
-Czy Scotland Yard nie może się tym zająć bez mojej pomocy? – zapytałem zniecierpliwiony. Odbierałem takie telefony po kilkanaście razy dziennie.
-Proszę wybaczyć, ale sądziłem, że warto by Pana poinformować, Panie Holmes – odrzekł Lestrade. –Zabójstwo popełniono przy Baker Street 221B.
                Przez chwilę sądziłem, że się przesłyszałem.
-Zaraz tam będę – powiedziałem.
                W mojej głowie krążyły tylko myśli: „Sherlocku, coś ty narobił”. Jak zwykle wyobraziłem sobie mojego młodszego brata.
-Taxi! Na Baker Street 221B.
Wsiadłem do auta. Twarz kierowcy wydała mi się znajoma. Jednak nie miałem czasu teraz się nad tym zastanawiać. Jakaś cząstka mnie nie pozwalała mi uwierzyć, że Sherl to zrobił. Owszem, zabił z zimną krwią Magnussena, ale Janine? Nie miał powodu się na niej mścić. Sprzedała wiele informacji o nim różnym gazetom, ale Sherlock nie przejmowałby się opinią magazynów.
                Moje myśli przerwał głos taksówkarza:
-Wierzysz, że on to zrobił? – zapytał.
-Że kto zrobił co? – natychmiast odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Niepotrzebnie, bo już domyśliłem się, z kim rozmawiałem.
-Wiesz, o kim mówię.
                Zadziwiony takim obrotem sprawy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nagle taksówka zatrzymała się. Ale nie byliśmy na Baker Street. Rozpoznałem, że to jakieś dwie przecznice z domu Sherlocka.
-Wysiadaj – usłyszałem.
                Otworzyłem drzwi. Po drugiej stronie ulicy na krawężniku stał nikt inny niż Moriarty.
-Did you miss me?
                Znowu nie wiedziałem, co odpowiedzieć. To uczucie stało się irytujące.
-Oh, nie żartuj sobie, Jim – odrzekłem w końcu. Prawie natychmiast postanowiłem przejąć kontrolę nad rozmową. –Kurt, od kiedy wozisz ludzi po mieście w przebraniu zwykłego taksówkarza? Zawsze uważałeś, że wykonywanie takiej pracy nie wypada człowiekowi pochodzącemu z otoczenia Rodziny Królewskiej?
-Teraz wszystko się zmieniło. Londyn się zmienił, czasy się zmieniły, praca się zmieniła – odpowiedział. –Nawet Sherlock się zmienił. Hahaha – roześmiał się przebrany za taksówkarza człowiek.
                Pracowaliśmy kiedyś z Kurtem w tym samym biurze. To było 10 lat temu. Lubiliśmy ze sobą rywalizować. Jednak pewnego dnia nasz pracodawca zdecydował, że jest miejsce tylko dla jednego z nas. Ja zostałem, a jego zwolnili. Dzięki zdobytemu doświadczeniu Kurt został jednym z pracowników Rodziny Królewskiej.
-Widzę, że pracodawca też się zmienił. Od kiedy zostawiłeś Królową dla kogoś takiego jak on?
-Wypraszam sobie, ja też ładnie wyglądam w koronie –odparł Jim. Spojrzał na zegarek. –Nie chcemy przeciągać pańskiego czasu, Panie Holmes.
-Wiesz, że Sherlock tego nie zrobił, jednak nie będziesz mógł nic z tym zrobić – odezwał się Kurt.
-Wielka Gra się już zaczęła – kontynuował Jim.
                Nastała cisza.
-Sądzę, że dowiezienie Pana dalej nie będzie miało sensu. Do widzenia, Mycroft – powiedział Kurt, wsiadając z Moriarty’m do auta.
                Odjechali. Otworzyłem parasolkę, bo zaczęło padać. Pomyślałem: „Czas wybawić braciszka z kłopotów” i ruszyłem w kierunku jego domu. Po chwili zadzwonił telefon.
-Królowa chce się natychmiast z Panem widzieć – odrzekł głos. –Proszę jak najszybciej stawić się w jej pałacu.

                Nie wiedziałem, o co chodzi. Jednak po chwili zacząłem kojarzyć fakty. Zrozumiałem sens słów „dowiezienie Pana dalej nie będzie miało sensu”. W głowie słyszałem głos Moriarty’ego „Wielka gra się już zaczęła”.

MH

Rozdział III (Moriarty)



Szedłem ulicą Londynu. Na głowie miałem czapkę „London”, a w uszach słuchawki. Aaaaaaa!!! Stay’in alive!!! - dudniło mi w uszach. Nagle koło mnie przejechało auto i wjeżdżając z rozpędem w kałużę, ochlapało mnie całego. Przesiąkłem do suchej nitki. Wrzasnąłem na cale gardło, ale samochód już dawno zniknął na horyzoncie. Nie wiedziałem gdzie pójść. O tej godzinie wszystkie knajpki i hotele w Londynie były pozamykane. „Oprócz jednej” - przemknęło mi przez myśl.

Kroczyłem ulicą Baker Street. Nic się na niej nie zmieniło. Te same wielkie domy, w których niespokojnie śpią rodziny. Niestety, już niedługo ich sen zostanie przerwany. Już niedługo otworzą oczy i zobaczą, jaki świat jest naprawdę. Stanąłem przed drzwiami domu. Domu, w którym parę lat temu wszystko się zaczęło. Domu, który był z zewnątrz taki jak inne, ale w środku kryl wielką tajemnicę. Spojrzałem na kołatkę „Jak zwykle przekrzywiona” - pomyślałem. Nie chciałem pukać, aby nie zbudzić żadnego z domowników. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem przed sobą te same schody, po których kilka lat wcześniej wchodziłem, aby zapowiedzieć śmierć. Ostrożnie wspiąłem się po schodach. Gdy byłem już na górze, wyjąłem z kieszeni gumę do żucia i wrzuciłem sobie do ust. Teraz byłem gotowy. Gotowy na Wielki Powrót.

Otworzyłem drzwi. Byłem pewien, że będzie jeszcze spał, ale stał przy oknie z telefonem w ręku. Zdawał się nie zauważyć, mojego wejścia. Ale ja wiedziałem, że jest inaczej.
 - Nie rozumiem, co pani o tej godzinie tu robi, pani Hudson. Ma pani stąd wyjść! W tej chwili! - powiedział, dalej się nie odwracając. Nie ruszyłem się z miejsca.
- Niech pani stąd wyjdzie! - krzyknął, lecz stał dalej odwrócony do mnie plecami.                                           
- Myślałem, że zadzwonisz - powiedziałem - Albo, chociaż wyślesz sms‘a… Zawiodłem się na tobie. I to nie po raz pierwszy - dokończyłem. Stanął jak wyryty. Nagle zaczął się powoli odwracać w moją stronę. W końcu stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz. Teraz, w świetle księżyca, świetnie widziałem jego twarz. To był on. Cały z krwi i kości. On. Sherlock Holmes.

Miał szeroko otwarte oczy. To było pewne. Co do reszty nie byłem aż tak pewien. Odszedł od okna i usiadł na fotelu Johna. Podszedłem do niego i usiadłem na fotelu naprzeciwko jego. Spojrzałem się na niego. Jak zwykle, gdy myślał, miał złożone ręce jak do modlitwy. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął.
- Masz może jakieś ubranie? Bo samochód mnie ochlapał, a wszystko jest pozamykane - powiedziałem, ale zamiast odpowiedzi, zostałem obsypany innym, bardziej podejrzanym wzrokiem.
- Bo wiesz, po dzisiejszym deszczu, to trochę tych kałuż się narobiło - odparłem i chwyciłem długopis leżący na stoliku koło mnie. Sherlock dalej wpatrywał się we mnie.
- Chyba przez chwilę nie myślałeś, że jestem martwy?- spytałem.
- Ale przecież ty… To nie jest logiczne….- zaczął.
- Sądziłeś, że tylko ty miałeś plan? Że tylko ciebie wspomaga braciszek i stado żuli? - spytałem.
- To jest sieć bezdomnych. Oni nie są żulami - poprawił mnie, z dziwnym spokojem.
- Och… Ty zawsze po stronie aniołków… Już myślałem, że przez te trzy lata trochę się zmieniłeś… Ale chyba jednak nie….- zacząłem-  Ale w sumie, wiesz. ostatnio chyba troszkę pozmieniałeś wystrój… Normalnie siedział tu z Tobą John. John… Watson. Dobrze pamiętam? Gdzie on się teraz podziewa? - zapytałem. Momentalnie zmienił mu się wyraz twarzy.
- Och… A więc jednak… Znalazł sobie kobietę? - spytałem, specjalnie go drażniąc - Hmmm… Jesteście tacy nudni… Ty, John, Mary. Tak… Wiem o Mary. I o jej dziecku. Córeczka, tak? Jesteście jak rój mrówek. Ciągle w biegu, pracujecie jak stado pszczół. Zatrzymalibyście się na chwilę, i spojrzeli na to, na co zwykle nie patrzycie. Tobie i tak często udaje się wyhamować w tym pędzie, ale John, Lestrade... Nawet ten mizerny Anderson. Oni nie zauważają niczego podejrzanego w zwykłym przechodniu. Tobie czasami się udaję, ale nie zawsze -powiedziałem i chwyciłem kartkę papieru - To musi być takie nudne. Kierować się wyznaczonymi zasadami. Żyjemy w dwudziestym-pierwszym wieku, kochany! Teraz wszystko jest możliwe! - powiedziałem.
- Ale nie rozumiem...- zaczął. Wyglądał na zmieszanego - Przecież postrzeliłeś się w głowę. Przeżyć to, to jest logicznie niemożliwe!
-Czasami, kiedy wszystkie logiczne wyjścia nie pasują, trzeba zajrzeć do tych nielogicznych - powiedziałem wstając. Odłożyłem kartkę oraz długopis i udałem się do drzwi. Gdy miałem już wychodzić, odwróciłem się i dodałem
- Do zobaczenia wkrótce, Sherl.
Wyszedłem. Jedyny znak, który pozostawiłem po sobie to była karta z napisem: „I will burn U”.


Następnego dnia siedziałem w swoim apartamencie. Sekretarka powiedziała, że za pól godziny przyjdzie Janine. To ona przez te dwa lata, zanim „wróciłem” dokonywała dla mnie wywiadu o Sherlocku. Po czteroletnim stażu agentka FBI. Do dziś dzień cieszę się, że ją zatrudniłem. Była jedną z tych osób, które łamały zasady. Była też przy okazji dobrą aktorką. Pól godziny miałem zamiar spędzić rzeźbiąc w jabłku, ale niestety czynność tę przerwał mi jakiś cholerny telefon. Numer nieznany.
- Czego?! - warknąłem do słuchawki
- Baker Street. Teraz- usłyszałem kobiecy głos.
- Kto mówi? - spytałem.
- Sierżant Sally Donovan. Z policji.
- Ach… To ty. Przepraszam, jestem umówiony na spotkanie, ale jeśli czujesz się samotna, możesz w każdej chwili do mnie wpaść, kotku - powiedziałem namiętnie.
- W tej chwili jestem na służbie, ale po pracy mogłabym wpaść- powiedziała zniżonym głosem.
- To świetnie! - krzyknąłem - Bo wiesz, mam strasznie brudną podłogę! I nie, nie przyjadę na Baker Street! Do widzenia! - ponownie krzyknąłem i już miałem się rozłączyć, kiedy nagle dodała szybko:
-On chce cię widzieć.
Rozłączyłem się. Zacząłem się zastanawiać, czy pojechać tam, czy nie, kiedy nagle moja sekretarka, Kate, wpadła do pokoju
- Sir, przepraszam, ale dostałam właśnie telefon, że panna Janine… - rozpoczęła, lecz zaczęła niespodziewanie płakać.
- O Boże, Kate, wysłów się w końcu! Co jej jest?
- Janine - chlipnęła - Ona… Nie żyje…
Teraz było pewne. Jadę na Baker Street.
Wyszedłem jak najszybciej z apartamentu i pobiegłem po samochód. W ciągu dziesięciu minut znalazłem się pod numerem 221b Baker Street. Wszedłem do mieszkania i moim oczom ukazało się ciało Janine. Ubrana była w normalny strój wyjściowy. Z czoła ciekła jej krew. Nawet taki palant jak Anderson odkryłby, że została trafiona tępym narzędziem. Ale jedyne co mnie zaskoczyło to to, że ciało znajduję się na Baker Street.
- Kto ją zabił? - spytałem. Cisza.
- Kto ją zabił?! - krzyczałem. Odwróciłem się od ciała i zobaczyłem załamanego Johna, płaczącą panią Hudson, smutnego Lestrade’a.
- Pytam się po raz kolejny. Kto ją do cholery zabił?!
- Ja - usłyszałem za sobą głos. Ostrożnie się odwróciłem i ku memu niezdziwieniu stał tam on. Sherlock Holmes.
- Ty? - spytałem - Taka zapracowana pszczółka jak ty? Przecież jesteś tylko zwykłym człowiekiem. Jak mogłeś ją zabić?- zaszantażowałem go. Wiedziałem, że może się wkurzyć, a wtedy policja uzna go za niebezpiecznego dla otoczenia i go aresztuje.
- Ona pracowała dla Moriarty’ego - powiedział do Lestrade’a.
- Przykro mi Sherlock, ale to Cię nie usprawiedliwia. - odparł ze smutkiem i wyszedł. Za nim podążyła Donovan i Anderson. Chwilę później wyszła reszta. Zostałem tylko ja i on.
- Dlaczego powiedziałeś, że to ty ją zabiłeś? - spytałem.
- Wiedziałem, że jak powiem, że to ty to znajdziesz jakieś usprawiedliwienie - powiedział.
- Wiesz co… Myślałem, że nie jesteś zwykłą mróweczką. Nie pomyślałeś o tym, że specjalnie podłożyłem tu ciało, aby ciebie oskarżyli, ale widzę, że sam się oskarżyłeś. Poszło dużo łatwiej - powiedziałem - Teraz, gra się zaczęła.
Wyszedłem.

JM

piątek, 9 maja 2014

Rozdział II (Irene)

- Carlotta, słyszałaś? – zapytałam pewnego dnia swoją makijażystkę - Carlottę Neveu, siedząc  przed lustrem w jednym z licznych pokoi mojego domu w Londynie.
- O czym, pani Adler?
- Oj, Carlotta, jakaś ty głupia! Nie słyszałaś? Piszą o tym w każdej gazecie. Ciekawi mnie, skąd się o tym dowiedzieli.
Jako że zauważyłam zdezorientowanie na twarzy Neveu, westchnęłam i wyjaśniłam.
- Watsonowi urodził się dzieciak. Malutki, słodki bachorek, który z wiekiem będzie stawał się coraz słodszy, będzie zabierał każdą wolną chwilę ojcu, a wynikiem tego będzie upadek Sherlocka. Bo przed kim będzie popisywał się swoim geniuszem? Ale do tego nie dopuścimy, prawda?
-Jak to, pani. Myślałam, że do tego dążysz.
Roześmiałam się perlistym, dźwięcznym śmiechem. Wyjęłam telefon i z zadowoleniem przeglądałam zdjęcia.
- Popatrz, Carlotto, na te kości policzkowe. Wspaniałe, prawda? A te oczy… I usta, idealne do całowania…. Wiesz, co to znaczy?
- Nie, pani.
- Chcę go.

*
W tym samym momencie, w Szpitalu św. Tomasza na Westminster Bridge Rd.
- Panie Watson...
- Tak?
- Gratuluję, został pan ojcem. Jak będzie miała na imię?
- Ona?
Tyle wystarczyło, bym ja, John Watson, najzwyczajniej w świecie zemdlał.
*
- John. John!
Obudziło mnie mocne uderzenie w policzek. Wykonawcą tej czynności był dość wysoki, czarnowłosy mężczyzna w długim, ciemnym płaszczu.
- Sherlocku, czy ty zwariowałeś?!
- Było nie mdleć.
- Łatwo ci mówić. To nie ty jesteś ojcem w najmniej oczekiwanym momencie. Robiłem tosty!
- Humor ci dopisuje.
- Mary jest zdrowa, dziecko też. Czemu miałbym nie być?
Właśnie w tym momencie, gdy Sherlock zapewne planował rzucić kąśliwą uwagę na temat rodzicielstwa, rozległ się głośny dzwonek przychodzącego SMSa.
- Kto to? – zapytał John.
- Nikt – mruknął detektyw i wyszedł na zewnątrz. Wciąż osłupiały z wrażenia po raz wtóry rzucił okiem na ekran telefonu. Wpatrywał się dobre dziesięć minut z otwartymi ustami w wiadomość.

Tęskniłeś, Holmes?
IA
*
- Ale jak to? Wielki powrót Kobiety?
- Kto to jest Kobieta? – to pytanie rzuciła tydzień później Mary. Cala i zdrowa wróciła do domu wraz ze śliczną, rumianą córeczką. Długo myśleliśmy nad imieniem dla małej. Pozostawało to kwestią sporną.
- Irene Adler. Ludzie nazywają ją po prostu Kobietą. To, czym się zajmuje, można nazywać w różny sposób. Domyśl się, co robi. Bynajmniej, nie pracuje jako grzeczna bizneswoman. Nie pani Adler.
- A dlaczego Sherlock nagle tak ucichł?
- Cóż, miał pewne... Hmm... Bliskie spotkanie z Irene. Prawda, Sherlock?
- John, idź i sprawdź z łaski swojej, czy nie ma cię za drzwiami.
- Widzisz Mary? Obraził się. Cały Sherlock. – mruknąłem  patrząc z kpiną na wychodzącego mężczyznę.
*
Noc. Księżyc wdzierał do pokoju przez szpary między zasłonami. Rozlewał się na biurku zawalonym papierami, miękkim dywanie i mlecznobiałym światłem oświetlał łóżko, w którym spał Holmes. Nagle jego spokojny sen przerwał SMS.

Wiem, że śpisz. Przyjedź do mnie w sobotę wieczorem.
Mam coś dla ciebie.
Czekam.
IA

…. Powietrze rozdarło wyjątkowo paskudne przekleństwo....

Prolog (Anderson)


                Stanąłem przed ścianą w swoim pokoju. Wciąż była obklejona kartami z rozrysowanymi planami. Nadal nie wierzyłem w historię, którą opowiedział mi Sherlock. To nie jest człowiek, który tak po prostu mówi prawdę. Tym bardziej komuś takiemu jak ja. Anderson. Phillip Anderson. Zbyt wielu słów już się od niego nasłuchałem, by uwierzyć, że nagle stanie się dla mnie miły i wyjawi sekret swojego życia, a dokładniej śmierci. A jeszcze dokładniej – zmartwychwstania.
                Razem z fanami Sherlocka, których udał mi się odnaleźć dzięki portalom społecznościowym, wciąż śledziliśmy jego poczynania. Wszystkie sprawy. Staraliśmy się rozpracować jego i jego psychikę. Brać przykład. Dla nich była to frajda. Dla mnie – możliwość poprawy umiejętności, a co za tym idzie – awans w policji. O ile Lestrade by to docenił, bo czasem miałem wrażenie, że jednak bardziej interesuje go to, co mówi Holmes i to jego słucha częściej, niż własnego rozumu. W sumie nie ma się co dziwić. Ten człowiek przewyższał inteligencją nas wszystkich. Ale wciąż nikt nie był w stanie go do końca rozgryźć.
                A ja próbowałem.
                Czasem się koło niego kręciłem. Podsłuchiwałem. Ale zawsze udawało mu się mnie zbyć.
                Podobno się zmieniłem. I nie mówię o tym, że zgoliłem brodę, ale żona wciąż mi to powtarzała tuż przed tym, jak odeszła. Nie wzięliśmy rozwodu. Wyjechała. Powiedziała, że musi trochę odpocząć od tego, że wciąż gadam o Sherlocku, że musi przemyśleć sobie parę rzeczy. Spotykam się więc z Donovan. Nie wiem, jakie ona ma zdanie na ten temat. Mam nadzieję, że nie przeszkadza jej to tak bardzo.
                Odkleiłem ze ściany zdjęcie dachu i karetki. Wciąż nie mogłem rozpracować tego człowieka. Jak mógł tak po prostu wrócić?
                On też się zmienił. To się czuje. Od kiedy John jest z Mary, nie jest już taki sam. Zazdrosny? Smutny? Boi się, że straci Watsona? Nie wiem, przecież mi się nie zwierzy. I, muszę przyznać, trochę się o niego bałem. Mam wrażenie, że John to ten jego punkt. Pięta Achillesa. Mają na siebie zbyt duży wpływ, jeden bez drugiego przestaje być czegokolwiek wart. Jeśli John wybierze rodzinę, Sherlock już nie będzie Sherlockiem. Widziałem nagrania ze ślubu. Jego spojrzenie. Ten smutek w oczach. Tak bardzo chciałbym zrozumieć, co siedzi w jego głowie…
                Zadzwonił telefon. Podszedłem do stolika. Z a s t r z e ż o n y. Czyli  z pracy.
 - Tak?
 - Anderson. Jest problem – usłyszałem. To Lestrade. Brzmiał na zdenerwowanego, głos lekko mu się trząsł.
 - I dzwonisz z tym do mnie. – To nie było pytanie. To raczej sarkazm. Od kiedy Greg liczył się z moim zdaniem? Od kiedy Greg liczył się ze zdaniem kogokolwiek, kto nie ma inicjałów SH? Zbyt często mnie uciszał. Wiedziałem, że i tak nie chce mnie słuchać. Skoro do mnie dzwoni, to musiała być to poważna sprawa. Albo po prostu zbyt błaha dla guru dedukcji.
 - Tak. Wszyscy już o tym wiedzą. Cały Londyn postawili na nogi. Też byś wiedział, gdybyś wyszedł na miasto, zamiast siedzieć w tych poobklejanych durnymi notatkami czterech ścianach!
                Milczałem.
 - A Sherlock?
 - Sherlock też już o tym wie, ale tym razem chyba sam sobie nie poradzi.
 - Więc o co chodzi?
                Nie musiał odpowiadać. Bo za chwilę tą odpowiedź otrzymałem. Do mojego mieszkania wpadła Lisa, jedna z członkiń klubu. Dyszała przez chwilę, musiała biec spory kawałek. Z przerażeniem patrzyła na mnie, jakby oczekiwała ratunku. Wydusiła tylko dwa słowa, które odwróciły moje życie do góry nogami.
 - Moriarty wrócił.


P.A.